Łączna liczba wyświetleń

piątek, 24 sierpnia 2012

Dwunasty


         Zatrzymałem się. To był mój dom. Piękny dom, do którego zawsze uciekałem w wyobraźni, gdy byłem daleko stąd. Kupił mi go na urodziny i jeszcze tego dnia się wprowadziliśmy. I właśnie w tym budynku go postrzeliłem. Będę wypominał sobie ten czyn do końca życia... Jednakowoż obaj żyliśmy, Harry wybaczył mi wszystko, więc na pewno zrobiliśmy postęp. I wszystko wracało do normy.
          Tak nam się przynajmniej wydawało.
          Uśmiechnął się szarmancko, otworzył przede mną drzwi. W korytarzu powiesiłem sweter na garderobie i ściągnąłem buty, a on pobiegł zaparzyć kawy. Nie wstępowaliśmy po drodze do żadnej knajpy na obiad, obawiałem się, że mój żołądek tego nie wytrzyma, ale postanowiłem zaryzykować i wypić małe expresso.
          Operacja mojej małej córeczki udała się. Zdążyłem pójść do niej, jednak mogłem tylko tęsknie popatrzeć przez szybę, bo nie wpuszczono mnie na salę. Zostałem zapewniony, że wszystko idzie w dobrym kierunku, więc pozwoliłem zawieźć się do domu.
          Obiecałem, że poczekam w salonie, na beżowym, puchatym dywanie, ale nie mogłem się oprzeć i podreptałem za nim. Znów chciałem zobaczyć jak krząta się po kuchni, wykonuje proste czynności, odsuwa loczki z oczu, aby lepiej widzieć. Pragnąłem poczuć się normalnie, monotonnie. Żeby moje życie troszkę zwolniło, bo nie ukrywałem, ostatnie wydarzenie niesamowicie zmęczyły mnie psychicznie. Potrzebowałem oddechu.
          Cichutko, oparłem się pupą o blat stołu i popatrzyłem na niego. Właśnie ukończył swoją pracę i obrócił się w moją stronę. Wystraszył się lekko na mój widok, jednak później uśmiechnął się i zmierzwił mi włosy, jak dziecku. Podał mi kubek, jednak odstawiłem od razu na blat, później wyjąłem mu z dłoni jego i zrobiłem to samo.
           Odczułem efekt deja vu, idealnie pasujący do sytuacji, która kiedyś się wydarzyła. Z tą różnicą, że tym razem to ja byłem górą.
           Pocałowałem go, a właściwie musnąłem jego wargi swoimi, nie było w tym nic nieprzyzwoitego. Nawet w tej cudownej chwili poddawałem rekonstrukcji pocałunek, sposób, w jaki on sprawił, że przeszył mnie silny dreszcz emocji, sekundy upływające od dotknięcia jej ust aż do otworzenia przez niego oczu. Analizowałem każdą możliwą jego reakcję na to, co się przed momentem zdarzyło.
         Harry uśmiechnął się do mnie. Jego słowa były drwiące, ale głos delikatny.
- Tylko na tyle cię stać?
         Jeszcze raz dotknąłem jego warg. Tym razem był to zupełnie inny rodzaj pocałunku. To był pocałunek wart roku oczekiwania. Jego usta budzące się do życia pod moimi, smak pożądania. Jego palce przesunęły się po mojej twarzy i zagłębiły we włosach, po czym splotły na szyi, pełne życia i chłodne w zetknięciu z gorąca skórą. Byłem nieokiełznany i poskromiony, rozdarty na strzępy i po raz pierwszy kompletny, zachłyśnięty byciem tym wszystkim jednocześnie.
        A potem otworzyłem oczy i byliśmy już tylko Harry i ja - nic poza nami. On - mocno zaciskający usta, jakby chciał zatrzymać mój pocałunek wewnątrz siebie. I ja, trzymający w dłoniach tę chwilę, ulotną jak poranna mgła.

* * *

         Tym razem to ja pocałowałem jego, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. I zaczęliśmy się cofać w stronę pokoju. Plątanina rąk w pomarańczowym świetle popołudnia. Zetknął palce za pasek moich spodni, głaskał moje biodra, przyciągając mnie bliżej do siebie.
         Biała sypialnia wyglądała doskonale w takim oświetleniu. Duże okno przepuszczało ogromną ilość promieni słonecznych.
           - Czemu tu tyle porozwalanych moich ubrań? - wysapał między pocałunkami.
- Wiesz, czasem za bardzo za tobą tęskniłem.
          Zamruczał niczym głodny kotek.
          Moje ręce były pod jego koszulką, dłonie przyciśnięte do jego pleców, boków. Nawet nie pamiętałem jak się tam znalazły. Plecy Lou wygięły się pod moimi palcami, jakby mój dotyk budził je do życia.
          Niezdarnie wycofaliśmy się na łóżko. Nasze kawy pozostawiliśmy w kuchni. Ale któż by się nimi przejmował. Najważniejszy był Louis. Tu i teraz. Ze mną.
          Chłopak pomógł mi zdjąć koszulkę przez głowę i przesunął palcami po mojej nagiej klatce piersiowej, jęknąłem, zapominając o wszystkim poza dotykiem na mojej skórze. Pozwolił, bym delikatnie popchnął go na poduszki. Usiadłem na nim okrakiem, pochylając się nisko. Całował moją szyję, wędrując do zgłębienia obojczyka. Muskał mnie, a w międzyczasie ja pozbyłem się jego koszuli, która pierwotnie należała do Liama. Odpinałem guziczki jeden za drugim, odsłaniając jego tors coraz bardziej.  Cóż... właściciel koszuli nie obrazi się chyba, że wala się po podłodze, w czasie, gdy my... no właśnie.
           Całowałem i przygryzłem ostrożnie każdy z jego sutków.
           Potem poszły spodnie i cała bielizna. I mój ukochany ukazał mi się w całej okazałości. Delikatnym ruchem, jakby chłopak był ulotny, zacząłem stymulować jego męskość. Wygiął się znów i przyspieszył oddech. Mnie ta czynność podniecała tak samo jak jego. Bo znów był mój. Zatopiłem się jednocześnie w jego ustach, zostawiając na nich pocałunki przerywane jękami.
           Później on dotknął mnie. Pragnął mnie jak nikogo innego. Całował mój brzuch, zjeżdżając coraz niżej.
- Jesteś pewny? - zapytałem.
          Pokiwał głową i wziął w usta moje przyrodzenie. Powolne ruchy stawały się coraz szybsze. Przyszła fala podniecenia. A potem kolejna. I jeszcze jedna. Poczułem, że jestem bardzo blisko, więc odsunąłem go od siebie. Moje palce powędrowały po węwnętrznych stronach jego ud, co skomentował cichym mruknięciem. Rozłożyłem je szeroko i znalazłszy aprobatę w jego oczach, powoli, najdelikatniej jak tylko umiałem, wszedłem w niego. Zajęczał przeciągle. Kiedy upewniłem się, że już nic go nie boli, powoli ruszałem miednicą w przód i w tył.
          Wydawał z siebie odgłosy, których tak dawno nie słyszałem. Błagał o więcej, a ja mu to dałem. Poczułem, że dochodzę, więc zastygłem na moment. Rozkosz wpłynęła na nas jednocześnie, przytuliłem go bardziej, by jeszcze intensywniej tego doświadczyć. Wydaliśmy z siebie ten kulminacyjny jęk i powoli opuściłem jego ciało, rozumiejąc, że więcej nie wytrzymam.
          Opadłem obok niego, nakryłem nas kocem i przygarnąłem go do siebie. Oddychaliśmy nierówno jeszcze przez kilka chwil.
- Kocham cię - wyszeptał.
       
* * *

           Tym razem zajęło to dużo więcej czasu. Zazwyczaj ograniczało się to do krótkiego ułożenia włosów i lekkiego przypudrowania twarzy. Tym razem było jednak inaczej. Na początek odgarnięto mi do tyłu wszystkie włosy i nałożono na twarz maseczkę. Jednak to nie był koniec. Potraktowano mnie także peelingiem i całą masą innych rzeczy, z tą różnicą, że później już po prostu nie wiedziałem, co to było. Na litość boską, byłem mężczyzną! Homoseksualnym co prawda, ale ciągle mężczyzną.
          Posadzono mnie w pozycji siedzącej i zajęto się moimi włosami. Rzeczywiście były w opłakanym stanie. Kiedy ta czynność została zakończona, wyglądałem już prawie jak ja.
         I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że całemu zajściu przyglądał się rozbawiony Styles, gotowy już od dłuższego czasu. Siedziałem w cholernym białym, puchowym szlafroku. A on? Nienagannie obleczony w tę szarą marynarkę i bordowe spodnie. Siedział stołku przypominającym krzesełko barowe, a nogi zwisały mu i co chwila dyndał nimi wesoło. Wyglądał jak pięciolatek. Uśmiechnąłem się czule. On nigdy nie dorośnie. Był bledszy i co chwila dziwnie kaszlał, ale tłumaczył to lekkim przeziębieniem.
          Nie zwróciłem na ten fakt szczególnej uwagi, urzeczony iskierkami tańczącymi w jego oczach, sposobem, w jaki wypowiadał moje imię, jak jego usta formułowały poszczególne głoski.
          I miałem tego później żałować.
          Uporano się z wreszcie z moją twarzą i mogłem założyć na siebie obcisłą koszulkę na guziczki, którą wpuściłem w spodnie oraz szelki.
          Pokonał dzielącą nas odległość. I obdarzył mnie spojrzeniem, w którym dominowało uznanie.
- Mam nadzieję, że te słodkie guziczki znów ci się porozpinają, gdy będziesz wykonywał swój słynny ruch biodrami, Lou - wyszeptał do mojego ucha.
- A ja mam nadzieję, że chłopcy szybko pozbawią cię tych ubrań jak kiedyś - odpłaciłem mu pięknym na nadobne. Niepotrzebnie go tylko podniecałem, a zaraz mieliśmy wyjść na scenę.
         Poprawiłem mu muszkę i zignorowałem westchnienie oraz ciche "Wolałbym abyś ty to zrobił". Uśmiechnąłem się jedynie tryumfalnie i wyminąłem go w poszukiwaniu swojego obuwia.

* * *

          Wszedłem na scenę. Oślepiły mnie reflektory skierowane w moją stronę. Tak dawno tego nie robiłem. Czułem się zupełnie jak za pierwszym razem.
          Tłumy wrzeszczały me imię. Cieszyli się, że wróciłem, że One Direction odnowiło swą działalność. Że wszystko było po staremu.
         Przynajmniej w domyśle tak właśnie miało być.
         Uśmiechnąłem się do nich. Pomachałem, posłałem całusa. Rozległy się piski. Ale te piski były niczym, w porównaniu do tego, co miało się zaraz wydarzyć. Harry podszedł do mnie. Zbladł jeszcze bardziej. Wyglądał nietęgo. Naprawdę. Już chciałem zapytać, czy na pewno wszystko dobrze, ale zamknął mi usta pocałunkiem.
         Złamał tym czynem wszelkie bariery, które kiedykolwiek okalały świat. Wyzwolił miłość homoseksualną i pozwolił jej gnać, gdzie tylko chciała. A ludzie zaakceptowali to. Zadziwiające, czego potrafiły dokonać ludzkie gardła. Wrzask wypełnił całą halę.
          Jego pocałunek słabł z każdą sekundą.
          Zupełnie nie wiem kiedy, odebrało mi dech w piersiach. Odsunął się prędko ode mnie i zaczął kaszleć, krztusić się, rzęzić. Zgiął się w pół. Złapał za brzuch. Moje barki pulsowały, trzęsły się, gdy słuchałem tej agonii odejścia, aż do tego strasznego krzyku, który wydarł się z mojej piersi z chwilą, w której  osunął się na ziemię.
          Przez chwilę stałem nieruchomo. A potem strząsnąłem z siebie całe niedowierzanie, uwalniając ramiona, podbiegłem i objąłem go najciaśniej jak się dało. Cała jego broda i usta splamione były krwią. Kilka kropli spadło na jego ubranie. Czułem jak przechodzą mnie dreszcze, jak drżę, przytulając się do niego i zanurzając twarz w jego włosach.
         I chociaż wiedziałem, że jestem sam, nadal szlochałem.

i codziennie
dowiaduję się o Tobie 
rzeczy, których nikt inny nie widzi
i koniec przychodzi zbyt szybko
jak sen o aniołach
i odchodzenie bez nich
i odchodzenie bez nich


____________________________________

Tak więc jestem z dwunastą.
To zakończenie zniszczyłam, przepraszam.
Będzie jeszcze epilog.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Jedenasty


           Nie tak to miało wyglądać.
           Przebudzenie trwało za długo, zbyt długo nic nie czułem. Kończyny miałem słabe jak u niemowlęcia. Spróbowałem poruszyć się, ale moje ciało zadrżało z wysiłku.
          Nie tak to miało wyglądać.
          To nie było niebo. Czyżbym jednak trafił do piekła? Zawiodłem się, przyznam szczerze, sądziłem, że chwalebna śmierć odkupi me winy. I dostanę możliwość obserwowania z góry przebiegu wydarzeń i roztaczania mentalnej opieki nad Harrym, moją córeczką i resztą zespołu. Tymczasem uwięziony zostałem w bezkresnej czerni, sam na sam ze swoimi myślami. To chyba najgorsza z możliwych kar. Czy już na wieki rozpamiętywać miałem swoje nędzne życie. Wszystkie wzloty i upadki? Nie powiem przecież, że tych drugich było o wiele więcej, ale gdybym się przyznał, czy skłamałbym?
         Nie.
         Zimno wdarło się niczym wielka, głodna bestia we wszystkie stawy i każdy cal skóry. Kości stały się za długie dla ciała, a mięśnie nagle rozluźniły się, jakby już nigdy miały się nie napiąć.
        Czułem siebie, choć nie widziałem. Klatka piersiowa unosiła się i opadała.
        Śmierć to nie wszystko. Są o wiele gorsze rzeczy. A ja nie żyłem. Zostawiłem moją największą miłość samą, w tym brutalnym świecie. Zapewniłem jej jedyną żywą pamiątkę, po starym Tomlinsonie. Moje serce. Które biło w cudzej piersi. I choć samo o tym nie wie, na zawsze będzie biło dla niego.
          I choć nie miałem czelności marzyć, nie spełniłem skrytego pragnienia, by trwać przez stulecia, codziennie powtarzać rutynowe, bezsensowne czynności wraz z nim. A tymczasem powoli dryfowałem w innym kierunku, miliardy lat świetlnych od niego. Ciągle w drodze.
          Ciepłe łzy wypłynęły na moje policzki, kreśląc po nich smugi, ale czułem je. I nawet oczy szczypały. Tęsknota była tak silna, tak bardzo pragnąłem się stamtąd wydostać, by móc ujrzeć go, by jakoś dać mu do zrozumienia że wszystko jest dobrze, że o dziwo... to się stało.
           Wszystko zaczęło bezkierunkowo wirować przed moimi oczyma, a może w mózgu?  Barwne smugi rozdarły ciemność, a do mnie docierało powoli, co się dzieje. Podświadome przemyślenia wypłynęły na wierzch, powodując szybsze bicie serca.
           Zaraz... jakiego serca? Przecież go nie miałem. Ale oddech wyrwał się z piersi. Zamrugałem. A więc przejście  na tamten, a właściwie już ten, świat wyglądało właśnie tak? Chwilowe balansowanie w czerni, czując się przytłoczonym ciężkim głazem, a później eksplozja kolorów. Najpierw rozmytych, a później formułujących się konkretne kształty.
          Spodziewałem się podróży przez biały tunel, złotych bram niebios i obłoków, z których obserwowałbym wszystko, czego tylko bym zapragnął.
          Ale tak też było dobrze. Przynajmniej coś widziałem. Zieleń. Bezkresna, z ciemnym punktem w środku. Później oddaliła się i zdałem sobie sprawę, że to oczy. Był także długi nos i usta, na których zawsze widniał uśmiech i o dziwo teraz go tam nie było. Włosy, choć oklapnięte, okalały całe to piękne oblicze, zwijając się i falując.
          Patrzył na mnie z góry. Powinno być odwrotnie.
          Nadzieja. Strach. Gorycz. Oczekiwanie. Niecierpliwość. To wszystko na jego twarzy. Zawirował jeszcze raz, a później stał się wyrazisty. Jak kiedyś.
          To był kolejny znak, że coś jest nie tak.
          Nakazałem ustom, by coś powiedziały. Ale one nie chciały posłuchać. Poruszyły się tylko, a ja, przygnieciony niemocą, znów wylałem morze łez. Jego palce przybliżyły się i starły mokrą ciecz z policzków, a później opuszkami pogłaskały je. Było zadziwiająco dobrze. Ale jego nie powinno tu być. Nie teraz. Nie od razu. Nie tak wcześnie.
           - Harutek? - mój głos brzmiał omulnie, jakbym tysiąc lat nic nie mówił, jakbym wołał kogoś z głębi studni.
          Był równie cichy jak ja, zastygł w bezruchu. Jego dolna warga drżała. Kiedy zamrugał, trzy lśniące łzy pozostawiły kryształowe smugi na jego policzkach.
          Powiedział coś. Echo zabrzmiało w moich uszach, ale nie zrozumiałem, co do mnie mówił. Zakochany w tym głosie, nie zważając na nic, znów postanowiłem odezwać się.
          - Ty też jesteś w niebie? Ale dlaczego?
        Zaskoczenie odmalowało się na jego twarzy, brwi zmarszczyły się, rysy stężały. Więc nie wiedział? Musiałem go uświadomić! Był tu ze mną! Czekał po przebudzeniu! Co on zrobił, kiedy zniknąłem za tamtymi drzwiami? Powiesił się? Podciął sobie żyły? Wyszedł na środek ulicy i strzelił sobie w głowę? Zadrżałem. Nieważne jaka, jego śmierć była dla mnie czymś strasznym. Co odbierało zdolność myślenia. I gdy raz myślałem, że nie żyje, dopiero wtedy poznałem smak utraty, samotności i żałości.  Nieważne, że był blisko. Wolałbym, żeby żył. Wolałbym widzieć, że beze mnie potrafi być szczęśliwy. Wolałbym, żeby mnie znienawidził , a niżeli znajdował się tu, trzymając się mnie jak rzep psiego ogona. Zasługiwał na życie. Cholernie długie życie w towarzystwie cholernie idealnych osób. Bo sam się do takich zaliczał. A tymczasem postanowił podzielić mój los.
         Co za idiota, nie byłem tego wart.
         - Lou.
        Usłyszałem go. Doskonale usłyszałem. Obudziłem się w stu procentach. Ale skupiony pozostałem tylko na nim.
- Ta ciemność była straszna, Harreh. Po co to zrobiłeś? Czemu przez to przeszedłeś?
        - Lou - powtórzył moje imię. Spokojnie i pewnie. I patrzył na mnie, jakbym zwiariował. Jego ręce wpełzły powoli pod moje nagie plecy i gęsia skórka wystąpiła na moje ramiona, kiedy jego ciepły dotyk spowił moją chłodną skórę. Podniósł mnie ku sobie tak, że dzieliły nas teraz centymetry.
          Niebo. Zdecydowanie.
- My żyjemy. Nie umarliśmy. A ty właśnie wybudziłeś się z narkozy.
          ...Co? Nie. To niemożliwe.
- Kłamiesz! - szepnąłem płaczliwie, a on spojrzał na mnie z czułością.
- Spójrz! - wyciągnął dłoń spod mojego torsu i chwycił moje palce, by później przyłożyć je do mojej piersi - Czujesz? Serce. Bije w tobie.
         I wtedy ujrzałem wszystko inne. Wszystko poza nim. Z tyłu, z boku, wewnątrz. Leżałem na szpitalnym łóżku, w czterech, zielonych ścianach. W mojej żyle wciąż tkwił wenflon i w momencie, w którym zdałem sobie z tego sprawę, nadgarstek boleśnie zakłuł. Wyprostowałem rękę, żeby jakoś zniwelować nieprzyjemne uczucie i wreszcie spojrzałem na niego.
         Trzymał mnie w ramionach. Byliśmy żywi. Jakby nic się nie stało.
- A więc co z Lucy? - zapytałem w nagłym przypływie paniki. Skoro ja żyłem, co było z nią?
- To wszystko dzięki Liamowi. Kiedy wpadł do szpitala zaraz po mnie, przywieźli małą dziewczynkę, która zmarła z powodu tętniaka. Wszystkie jej narządy nadawały się idealnie do przeszczepu i na szczęście jej matka się zgodziła. Mała uratowała chyba cztery osoby. Jej serduszko otrzymała Lucy. Właśnie ją operują - dostał słowotoku. Tłumaczył szybko, cały czas patrząc mi w oczy. Jego hipnotyzowały mnie i spoglądałem w nie nabożnie, bojąc się mrugnąć.
          Bo gdybym mrugnął, on mógłby zniknąć. A potem okazałoby się, że to wszystko mi się śni i leżę pośród bezkresnej ułudy.
         Potrzebowałem chwili, żeby przyswoić te informacje. Reasumując: Dawcą dla Lucy zostanie ktoś inny, ja żyłem, wtulony w jego ramiona.
- Harry - szepnąłem i znów zacząłem się rozklejać. Bez zbędnych ceregieli, zbliżyłem się do niego jeszcze bardziej, objąłem ramionami jego szyję i schowałem twarz w zgłębieniu obojczyka. Czułem delikatny zapach płynu po goleniu, mydła i perfum, które łączyły się w idealną kompozycję. Zaciągnąłem się nim, jakby zaraz miał zniknąć.
- Przepraszam, że do ciebie strzeliłem. Ty byś mnie nie zdradził Harry. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. A świadomość, że cię zabiłem tak strasznie mnie przytłoczyła, że uciekłem. W życiu nie pomyślałbym, że przeżyłeś ten strzał. Gdybym wiedział, wróciłbym, padł przed tobą na kolana i błagał o wybaczenie.  A to... to w szpitalu kilka dni temu. Wziąłem cię za senną zmorę, która przyszła, aby dręczyć mnie, po tym co zrobiłem. Za to, że...
- Lou - przerwał mi, wymawiając po raz trzeci, starannie, moje imię - Wiesz, że bym ci tego nie zrobił. Nawet gdybym tam umarł, to nie śmiałbym dręczyć cię. Wiesz o tym.
           Wypuściłem powietrze przez usta, które zetknęło się z jego skórą i powróciło do mnie. Delikatnym ruchem, rozplótł mój żelazny uścisk i złapał policzki tak, żebym na niego spojrzał. Przez chwilę, znów, patrzyliśmy sobie w oczy. Dostrzegłem w nich uczucie. I znajome iskierki, które przed chwilą jeszcze uśpione, wstąpiły w jego ślepka i poczęły w nich wesoło tańczyć.
- Kocham cię - rzekł.
- I ja ciebie.
            I wtedy to się stało. Jednym ruchem głowy, pokonał dzielącą nas odległość. I po chwili, jego ciepłe usta zetknęły się z moimi. Delikatnie, romantycznie, jakbyśmy całowali się po raz pierwszy. I rzeczywiście tak było. Całowaliśmy się po raz pierwszy po tak długim rozstaniu. Po roku wyrzeczeń, nieskończonych domysłów i tęsknoty. I właśnie ta tęsknota sprawiła, że spragniony jego, pogłębiłem pocałunek, dodałem szczyptę namiętności i rozkoszy.
            I po dwunastu miesiącach poczułem się szczęśliwy.

* * *

           Znowu się zaczęło. Złapało mnie za żołądek i skręciło. I choć leżałem obok niego, na tym szpitalnym łóżku, spleciony w czułym uścisku, przeprosiłem go grzecznie i udałem się do publicznej, szpitalnej toalety. I mimo że znów był mój, nie chciałem burzyć naszego idealnego powrotu do siebie. Nie chciałem, by widział mnie w takim stanie.
            Oparłem się o białą, czystą umywalkę i zerknąłem na swoje lustrzane odbicie. Moją twarz wykrzywił grymas cierpienia. Poczułem, jakby odruch wymiotny, więc nachyliłem głowę, ale torsje nie nadeszły. Zamiast tego zacząłem krztusić się i rzęzić jak stary samochód. Kaszlałem i nie byłem w stanie przestać. I trwało to tak długo, aż na dnie umywalki pojawiła się czerwona maź, połączona z wydzieliną z płuc. Krew. Spojrzałem na nią pustym wzrokiem. Nie była dla mnie nowym widokiem.
           Zeszłoroczny, dokuczliwy ból brzucha, nieleczony przerodził się w coś o wiele gorszego.
           No, no, Styles. Wpakowałeś się w niezły bajzel.
           A potem zwilżyłem wargi wodą, przykleiłem uśmiech na usta i wróciłem do niego.
           Bo odnaleźliśmy się gdy nie było już nic. Bo wciąż mnie kochał. I to było najważniejsze.

I czemu nam dobrze wśród tego zła?

* * *

          Narkoza dała mi się we znaki. Było to dla mojego organizmu za dużo, więc zapragnął on pozbyć się jej usilnie. Siedziałem tam w towarzystwie tylko jego, bo chłopcy postanowili dać nam ten dzień dla siebie. Otrzymałem nawet kilka telefonów od nich, w których cieszyli się, że jednak żyję, ale i dostałem srogi ochrzan, że jestem idiotą i co ja sobie myślałem. Jednak po zakończeniu ostatniego z nich, nerwowe oczekiwanie oraz pozostający we mnie środek usypiający przypomniały o swoim istnieniu. Tak więc poderwałem się i ignorując jego zaskoczone spojrzenie, pobiegłem ile sił w nogach do mojej małej, salowej toaletki. Podniosłem klapę kibla do góry i zwymiotowałem. I choć w żołądku nie miałem nic, moimi ustami wydostała się żółć i inne substancje zalegające w środku.
          Kiedy myślałem, że jest po wszystkim i wyprostowałem się, fala mdłości wróciła i zrobiłem to znowu. Zakręciło mi się w głowie. Tak okropnie - pod względem fizycznym - się jeszcze nie czułem.
          Kiedy Harry usłyszał to, natychmiast znalazł się  u mojego boku. Patrzył na całe zajście z troską, a kiedy wstałem, przepłukałem usta i twarz zimną wodą, i znów się zachwiałem, złapał mnie w pasie.
- Idź sobie - nakazałem - Nie chcę, żebyś to oglądał, Harry.
          Przymknął oczy, gdy wypowiedziałem jego imię. Powieki na sekundę przykryły zielonkawe tęczówki, a potem wyciągnął rękę i dotknął mojego policzka.
- Och, głuptasie, przecież cię nie zostawię - odpowiedział miękko.
           Zaprowadził mnie do łóżka, przykrył kołdrą. Poszedł po miednicę, a kiedy wrócił, towarzyszyła mu pielęgniarka. Podpięła mnie do kroplówki, bo chyba się odwodniłem.
           Byłem jak dziecko. Pozwoliłem mu opiekować się sobą, jak matka swą pociechą. Głowa huczała, uczucie przypominające kaca, tyle że o zdwojonej sile. Pozwoliłem, by co jakiś czas dotykał mojego czoła, sprawdzając, czy nie mam przypadkiem gorączki. Pozwoliłem, by krążył z mojego pokoju, do toalety, z tą cholerną, zarzyganą miednicą. Bo nie wymiotowałem dwa razy. A kilkanaście. Ale podobno dużo ludzi tak ma, po dawce narkozy, która po odłączeniu aparatury, powinna uśpić na zawsze.
           Gdy chwilowo poczułem się lepiej i za każdym razem, w którym zamknąłem oczy, już nie miałem wrażenia, że jestem na karuzeli, pozwoliłem sobie na krótką drzemkę. Przez przymknięte powieki, moje ręce odnalazły Harry'ego, przyciągnęły bliżej siebie. Ułożyłem jego głowę na swoim ramieniu, wplotłem palce w potargane loki i zasnąłem.

* * *

            Udźwignął mnie, wplatając dłonie pod moje pachy i wsadził do wanny. Odkręcił wodę. Była lodowata, więc odruchowo cofnąłem stopy. Majstrował chwilę przy kurkach, aż udało mu się osiągnąć idealną temperaturę - woda była letnia, orzeźwiająca.
            Znów wymiotowałem. Mózg eksplodował mu bólem, gorączka siała spustoszenie w moim organizmie. Jednym słowem, nie miałem stałego kontaktu z otoczeniem. Na szczęście był przy mnie Harry.
            Przełączył strumień wody na prysznic i powoli, oblał mnie nim całego. Namydlone palce powoli wędrowały po każdym centymetrze mojego ciała, delikatnie wodził dłońmi po kończynach, mięśniach, stawach i spłukiwał ze mnie chorobę. Później wziął trochę szamponu i umył mi włosy. Zataczał wolne kręgi, a później spłukał ze mnie całą pianę, postawił do pozycji pionowej i delikatnie, białym ręcznikiem wytarł mnie do sucha.
            Pocałował lekko każdą z moich powiek, nos, kończąc na ustach.
            Psychicznie czułem się doskonale. Przy takim opiekunie, mógłbym chorować całe życie.
- Pójdziemy się ubrać - powiedział - Wracamy do domu.

I looked to you 
You stole my life


______________
Mi się ten rozdział nie podoba.
Sielanka, prawda? Nie... cisza przed burzą to lepsze określenie.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Dziesiąty


          Obudziłem się w piekle. Z pewnością. Leżałem na twardej poduszce, pod ciężką kołdrą, obleczoną w satynową pościel, która nie utrzymywała ciepła, niezależnie jak długo by się pod nią leżało. Do tego zaczepiały się w nią każde odkształcenia i zadarcia paznokcia.
          Dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. Poczułem chłód, gdy nie było obok mnie tego, który zawsze mnie ogrzał.
          Historia mojego życia ograniczała się w zasadzie do jednego słowa: Louis. Pamiętałem ból.  Fizyczny i psychiczny. Cierpienie, żałość, niedowierzanie na jego twarzy, kiedy moje usta oderwały się od zachłannych warg Caroline, która widziała we mnie tylko ciało przystojnego chłopca. Szybko zniknęła za drzwiami, a on wydobył z kieszenie przedmiot, który na zawsze nas podzielił. Pistolet. Skąd go w ogóle miał? Jak znalazł się w jego posiadaniu? Drżącymi rękoma, powoli, uniósł go i nacisnął spust, nie pozwalając mi niczego wytłumaczyć. Wybuch. Krew. Strach. Panika. Ogłupienie. Złapałem się za miejsce, w które zostałem postrzelony, by zatamować opuszczającą moje ciało czerwoną ciecz.
          Na próżno. Nastała ciemność.
          Potrząsnąłem głową, jakby to miało pozwolić mi wyrzucić z niej przykre wspomnienia.
          Wstałem i podszedłem do okna. Wyjrzałem przez nie, doszukując się tego, co Lou widział w spoglądaniu w nie każdego dnia. Może pokochał naszą prywatną, szarą codzienność, różniącą się tak bardzo od kolorowego i pełnego nagłych zwrotów życia celebryty.
           Miałem plan. Wiedziałem, że Boo zatrzymał się u Liama, bojąc się wrócić do domu, do mnie. Ale przecież nie mógł tam siedzieć w nieskończoność, prawda? Musiałem tam pojechać jeszcze dzisiaj, aby przekonać chłopaka do powrotu. Nie miałem pojęcia, jak wyglądać będzie nasze spotkanie i czy Louis w ogóle zechce mnie widzieć. Nie wiedziałem co działo się z nim przez ostatni rok, a więc nie wiedziałem także czy jego uczucia nie uległy zmianie.
           Zadrżałem. Sama ta myśl przyprawiała o dreszcze. Gdyby on dał mi do zrozumienia, że już mnie nie kocha, sam nie wiem co bym zrobił. Czułbym się pusty w środku, jak wyprany z emocji manekin. Umarłbym.
          Miałem nadzieję, że pójdę tam, wytłumaczę niefortunne zajście z Caroline i powiem, że wymazałem z pamięci epizod z bronią i chcę by było jak dawniej. Jak gdyby nic nie zaszło. Co on uczyni? Podniesie nagle wzrok i zatrzyma go na chwilę na mojej twarzy i gdy wyczyta z niej, że mówię poważnie, z nutą desperacji na ustach pokona dzielącą nas odległość i zatopi się w moich ramionach, które otoczą go szczelnie, tworząc najbezpieczniejszą barierę przed złem.
          Louis był jednak bardzo honorowym człowiekiem i mimo faktu, że nie czuł nic do Eleanor, mogło mu przyjść do głowy, że to z nią zwiąże się. Ze względu na Lucy. Aby dziecko miało rodziców. Bo tak trzeba. Nadzieja jednak w moim sercu nie umarła, choć te, zmęczone, biło od roku na pół etatu, dbając jedynie o moje funkcje życiowe, ale pozostając nieczułe na wszystkie emocje.
          A teraz... Chyba odżywałem.
          Odsunąwszy się od okna, zdałem sobie sprawę, że w głowie rodzi mi się doskonały pomysł. Zabiorę ze sobą gitarę. Usiądę naprzeciwko niego, położę palce na strunach i pociągając je delikatnie, udowodnię, że przez ten rok, aby zabić dręczącą samotność, nauczyłem się na niej grać. Zaśpiewam dla niego coś specjalnego. Coś, co zbliży nas do siebie jeszcze bardziej.
           Wsunąłem zimne stopy w znoszone japonki i szurając, podążyłem w miejsce, które symbolizowało nas chyba najbardziej. Salon. A w nim duży, drewniany kufer, który przypominał te, w których piraci chowali swe skarby w bajkach, filmach, książkach. Był zamykany na zamek, który można było otworzyć małym, złotym kluczykiem, który zawsze nosiłem przy sobie, na sznurku, pod bluzką. Zawsze, od jego zniknięcia.
           Tyle że... Nigdy nie znalazłem w sobie odwagi, by go zdjąć, przekręcić i wydobyć z głębin wszystkie nasze wspomnienia. Wiedziałem, że zaleje mnie fala nieposkromionej goryczy i najzwyczajniej w świecie nie poradzę sobie, zwinę się w kłębek i zapłaczę nad nim.
           Ale teraz wrócił. Cały i zdrowy. A ja byłem gotowy mu wybaczyć. Więc zrobiłem to, czego obawiałem się przez rok. Ostrożnie, jakbym trzymał w dłonie jajko, podniosłem ciężkie wieko. Wokół unosiły się tumany kurzu, niosąc ze sobą zapach wspomnień zamierzchłej miłości. Dmuchnąłem jeszcze, by całkowicie oczyścić  zawartość i z dudniącym sercem, przyjrzałem się jej. Było tam wszystko, co pamiętałem, ale i rzeczy zgromadzone przez Lou w naszej wspólnej skrzyni.
          Delikatnie, nabożnie chwyciłem w palce nasze wspólne zdjęcie, oprawione w białą ramkę. Było stare, stare jak świat, z naszych najlepszych czasów. Był na nim on. Patrzył w kierunku obiektywu, jego usta rozświetlał najpromienniejszy ze wszystkich uśmiechów, pod oczyma pojawiły się te urocze zmarszczki. Oplótł mnie ramieniem, a ja wtuliłem się w niego i w chwili robienia fotki, w ostatnim momencie, pocałowałem go w policzek.
           Mój Lou. Mój Lou wrócił i przerwał moje bezkresne cierpienia. I mimo początkowego nieporozumienia, teraz nic nas nie rozdzieli, prawda? Bo tak trudno było żyć bez niego.

           Każdy oddech tyle mnie kosztował. Rana bolała. I sączyła się z niej niewidzialna krew. Ale to nie była rana postrzałowa, bo ta zagoiła się dawno temu, a ta, którą zadano i pozostawiono na mej duszy bez opatrunku.
           Byłem sam. Tak cholernie samotny.
          Opatuliłem się szczelniej wełnianym swetrem. Siedziałem w wielkim fotelu, przodem do kominka, wpatrując się w kubek kawy, której nawet nie tknąłem. Nie włączyłem ogrzewania, nie chciało mi się wstać. Mój gospodarz, a także niańka, kucharz, sprzątaczka i lokaj, Niall Horan wyszedł, więc nikt inny tego nie zrobił. Nie mogłem tam wrócić. Nie tam. Ciągle widziałbym jego, wybiegającego przez drzwi i własną krew na podłodze. Nie mogłem.
         Strach palił i szarpał jak nienasycony władca. 
        Opuścił mnie. I poza tym, że tęskniłem, rozpadł się ten mały świat, który razem tworzyliśmy, a ja nie umiałem żyć w tym normalnym, który pędził zbyt szybko, jak na moje zszargane nerwy.
        Usłyszałem szczęk klucza w drzwiach, prędko naciągnąłem rękawy na dłonie, żeby się nie poparzyć i chwyciłem naczynie. Nie chciałem sprawiać blondynowi przykrości, więc stwarzałem chociaż pozór spożywania przygotowanego przez niego napoju. Termoizolacyjny kubek utrzymał jego ciepło przez dłuższy czas.
           Kroki były szybkie, nerwowe. Stąpał po schodach, biegł korytarzem. Wszedł do pokoju bez pukania. Zerknąłem na niego. Po jego twarzy błąkała się euforia, niedowierzanie.
          - Louis się odnalazł!
          Moje martwe serce poruszyło się.
          Wylałem kawę.

          Rozsiadłem się na podłodze, wspominając dzień, w którym wrócił. Nie mogłem mu pozwolić znów odejść. Nie teraz.
          Wydobyłem z głębi kufra kartki z tekstami piosenek, które, tak przynajmniej myślałem na początku, należały do mnie. Otóż okazało się, że nie. Pokrywało je pochyłe pismo Boo pełne różnych zawijasów.
          Były to... teksty piosenek, które sam napisał. Miały różne tytuły, ale wszystkie z dedykacją. "Dla Harry'ego", "Kochanemu Harry'emu", "Wszystkiego najlepszego Harry" i tak dalej.  Zwłaszcza ta ostatnia przykuła moją uwagę, chyba chciał mi ją wręczyć w moje urodziny. Chciał ją dla mnie zaśpiewać. Nie mogłem dopuścić, żeby to się nigdy nie stało.
          Położyłem kartki obok siebie i grzebałem dalej w poszukiwaniu moich chwytów na gitarę. Ciężko było mi jeszcze grać bez nich, więc musiałem sobie przypomnieć kilka kombinacji, aby nie wyjść na głupka przed chłopakiem.
          Znalazłem to, czego szukałem, więc wszystkie znalezione skarby schowałem z powrotem. Podniosłem się z klęczek i podreptałem po gitarę, która stała w rogu, oparta o ścianę. Usiadłem na kanapie, ująłem ją w dłonie i co jakiś czas spoglądając na kartkę, pieściłem palcami struny, a z nich wydobywały się ciche dźwięki. Wyobrażałem sobie, że dotykam jego. Że moje palce wodzą po jego odkrytym kręgosłupie, że muskam nimi jego wargi, obojczyki, mostek, brzuch. Każda komórka mojego ciała krzyczała, wierciła się, pragnęła jego obecności. Mój nos pragnął jego delikatnego zapachu skóry, połączonej z mydłem i lekkim perfum. Niemal czułem go obok siebie. Moja nadwyrężona wyobraźnia płatała mi figle. Tyle razy próbowałem przypomnieć go sobie, zmaterializować obok siebie, że kontury jego twarzy rozmywały mi się w głowie. Zapragnąłem ujrzeć go. Teraz. Już!
            Zrzuciłem ze swych stóp klapki i zamieniłem je na białe trampki, których nie zawiązywałem. Znoszoną bluzę z kapturem ściągnąłem i zastąpiłem śnieżnobiałą koszulą.
            Gitarę zapakowałem w futerał i wziąłem kluczyki od samochodu. Wstąpiłem jeszcze na moment do kuchni, aby upić kilka łyków mleka i ukoić pusty żołądek. Zatrzymałem się  jednak w drzwiach. Jakież było moje zdziwienie, gdy w pomieszczeniu ujrzałem Niall'a i Liama, siedzących na krzesłach. Blondyn ułożył głowę na stole i okrył ją ramionami. Trzęsły się jego barki. Z początku myślałem, że się śmieje, ale później dostrzegłem wyraz twarzy Payne'a.
            - Byliście tu przez cały czas? - zapytałem niemrawo.
            Pokiwał głową i zerknął na mnie z miną zbitego psa. Walczył ze szlochem, nie chciał płakać, ale łzy same cisnęły się na jego policzki. Nic nie powiedział. Niall nie podniósł glowy na dźwięk mojego głosu, co najgorsze, jego zatrząsł się jeszcze bardziej.
          - Co się do cholery stało?! - warknąłem niecierpliwie, opadając na inny stołek naprzeciwko niego. - Lou... - nie dokończył, wybuchł szlochem.
- Co Lou?! - wrzasnąłem, łapiąc go za ramiona.
- M-masz - zająknął się i podał mi świstek papieru.
          Tętno czułem w uszach. Ogłuszało mnie. Żołądek utknął w gardle. Oderwałem się od niego. Powoli, drżącymi rękoma, rozwinąłem szary papier, a moim oczom ukazał się ten sam styl pisania, który ujrzałem przed chwilą.
           Zacząłem czytać.

* * *

            Dwadzieścia minut później, wciąż siedziałem na podłodze w kuchni. Zdążyłem kilkakrotnie do niego zadzwonić. Nie odebrał.  Po moich policzkach ściekły łzy. Jedna za drugą. Nawet nie miałem siły ich ścierać, nie nadążałbym. Palce zaciskałem tak bardzo, że pogniotłem kartkę, którą na dodatek zmoczyłem. Patrzyłem gdzieś w bok, niewidzącymi oczyma.
- Ale przecież - wyjąkałem ochryple - jeszcze może zmienić zdanie. Chyba zostało nam trochę czasu? Przekonam go do tego!
          Sam nie wierzyłem we własne słowa. Lou znowu postanowił mnie zostawić. Starałem się zachować spokojnie, bez emocji, ale w środku aż mnie skręcało. Moja miłość odcięła się ode mnie n własne życzenie.
         - Lucy się pogorszyło. To się stanie dzisiaj.
          Niall podniósł głowę. Spojrzał na Liama i na mnie. Zerkali na siebie przez chwilę i obaj w tym samym momencie zafundowali sobie kolejną porcję szlochu.
- CO?! -  wrzasnąłem na cały głos. Moje gardło zawyło z bólu, ale zignorowałem to - w tym samym szpitalu, w którym leży Lucy? - upewniłem się jeszcze i kiedy dostałem potwierdzenie, zerwałem się na równe nogi i pobiegłem po samochód. Chyba zrobiono mi zdjęcia, do mojego życia znowu wdarło się paparazzi. Ale cóż z tego? Czy liczyło się teraz cokolwiek innego, niż życie Louisa? Odpowiedź była jasna: NIE. Każda sekunda była ważna, więc pędziłem z prędkością niemal trzykrotnie przekraczającą tę dozwoloną. Zawsze pragnąłem tylko jego, więc jeśli go zabraknie, niczego już nie zapragnę. Może za wyjątkiem jednego - śmierci.
           Pamiętałem jego śmiech, przypominający chmarę wzbijających się w niebo wron. I sposób bycia, którego trzymał się tak uparcie, jakby bez niego nie mógł być Louisem.
           Wyskoczyłem z samochodu i dobiegłem do rozsuwanych drzwi. Otworzyły się dopiero po kilku sekundach, ze względu na słaby czujnik, a ja w przeciągu tego czasu zdążyłem kilkakrotnie w nie uderzyć. Nie wiedziałem dokąd biegłem. Nogi same mnie niosły. Na spotkanie przeznaczeniu. Miejmy nadzieję, że będzie przychylne.
           I wtedy go dostrzegłem. Siedział na szpitalnym łóżku w zielonej koszuli, popijał jakiś napój. Spoglądał na swoje dłonie, nie dostrzegł mnie. Zdążyłem. Moje serce wykonało piruet. Zdążyłem. Teraz nie już nie wypuszczę go ze swych objęć. Nigdy.
          Nacisnąłem klamkę, ale ta... nie chciała ustąpić. Ponowiłem próbę, ale z przerażeniem, doszedłem do wniosku, że drzwi zamknięte są na klucz. Uderzyłem z całej siły pięściami w szybę. Podniósł wzrok. Zatrzymał go na mnie. Zapłakał. Ujrzałem wrak człowieka, chudy, nieogolony. Jego włosy sięgały już prawie ramion. Ale to ciągle był mój Boo Bear.
         - Kurwa mać! Otwórz! - wrzasnąłem na cały korytarz, a echo odbijało się w nim jeszcze przez kilkanaście sekund. Nie usłyszał mnie, ale po mimice ciała rozpoznał me pragnienie. I już nawet wstał, kiedy w tych drugich drzwiach pojawiła się kobieta z wózkiem inwalidzkim, na który zasiadł. I byłby już mój, ale drzwi zamknęły się za nim. Zawieziono go na śmierć.

Everything is wrecked and grey
I'm focusing on your image
Can you hear me in the void?* 

           Opadłem na kolana. Byłem niczym duch w lesie. Cichy, nieruchomy zimny. Byłem nikim, komu odebrano wszystko. Pojechał tam. Zostawił mnie. Nie udało się.
            Wszystko było spowite w mroku. Brak wspomnień. I nie mogłem przestać płakać. Zakochałem się w nim. Wołałem go raz i ponownie. Ale jedyne co usłyszałem to echo w świetle.
           Świat się zatrzymał i już nie ruszył dalej. Ale wstałem. Podniosłem się do pozycji pionowej. Już wiedziałem, co należy zrobić. Będę tam na niego czekał. Kiedy już przejdzie na tamtej świat. Ja tam będę. Zdziwi się. Tak, to na pewno. Ale otworzę szeroko ramiona, a on wpadnie w nie. I będziemy na zawsze razem. A może to nawet lepiej? Bez cierpienia, bez chorób. Bez obowiązków. Tylko ja i on. Zawieszeni w nicości.
          Winda otwarła się, a ja pojechałem na najwyższe piętro. Później już tylko odnalazłem drabinkę prowadzącą na dach. Wspiąłem się nią. Otworzyłem klapę. Niebo było niebieskie. Bez jednej chmurki.
          Krok za krokiem, zbliżałem się do krawędzi. A kiedy już tam byłem przez moment odniosłem wrażenie, że w moim sercu, jakby przez panującą wszechobecnie żałość, przebił się promyk szczęścia.
           Wracałem do niego.
           Już chciałem postawić stopę w przestrzeń.
           I nagle, głos powiedział mi:
- Stój! On będzie żył.


Hej wszystkim! :D Na początku chciałam podziękować za 14 komentarzy! Dzięki, że mnie wspieracie, że przyjęliście mnie z otwartymi ramionami.
Rozdział dedykuję Annie Zaputowicz - poprzedniej autorce - za to, że mogłam to kontynuować. I za to, że zaczęła tę wspaniałą historię.

środa, 8 sierpnia 2012

Dziewiąty


          Miłość to skarb. Jeżeli kochasz kogoś i masz pewność, że ta osoba odwzajemnia Twoje uczucie, możesz uważać się za szczęśliwszego niż dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa.
           Rzeczywiście. Znalazłem się w tych cholernych dziesięciu procentach. Wstawałem rano rozpromieniony. Doskonale rozpoczynałem kolejny dzień. Pijąc poranną kawę, patrzyłem w okno, a naprzeciwko mnie siadywał Harry, wpatrując się we mnie z przekrzywioną głową.
          Związek z Eleanor toczył się zwyczajnym dla siebie tempem. Kochałem ją. Na swój sposób. Kochałem tak, jak kocha się przyjaciela. Ale to mi wystarczało. Bo była. Była kiedy jej potrzebowałem. Była, kiedy smuciłem się. Siadywała wtedy na moich kolanach i odgarniała z oczu włosy, jakby to było najzwyklejszą rzeczą na świecie. Opierałem się o jej ciało, zamykałem oczy. I o dziwo, wszystko wydawało się łatwiejsze. Eleanor była. Była zanim Harry uświadomił sobie, że mnie kocha.
       
          - Cześć Lou.
          Odwróciłem się na dźwięk jego głosu. Uśmiechnął się do mnie niepewnie i delikatnym ruchem wyjął z mojej dłoni kubek. Zdziwiony, rozluźniłem palce. Odłożył go na stół i patrzył na niego przez kilkanaście sekund. W końcu, po chwili milczenia, wziął głęboki oddech, wyprostował się i przeniósł spojrzenie zielonych oczu na moją twarz. Badał każdy jej szczegół. Wodził oczyma po jej konturach, aż spoczął na moich oczach.
- Kocham cię, Louis.
          Dwa słowa. Dwa słowa, które zabrzmiały tak prosto, wypowiedziane z niepokojem. Jednak miały w sobie tyle mocy. Tyle mocy, że nie myśląc o niczym, zarzuciłem mu ręce na szyję. Kąciki ust unosiły się coraz bardziej. Nie czekając na nic, pokonał dzielącą nas odległość i złożył na moich ustach pocałunek. Był żarliwy i namiętny. Jakby czekał na niego milion lat.
          Mój Harry. Mój lokaty chłopaczyna.

          Tęsknota. Zapragnąłem przytulić go. Chciałem, by przygarnął mnie do siebie. Ale tak już się nie stanie. Bo podniosłem pistolet. Bo nacisnąłem spust. Bo nakrzyczałem na niego w szpitalu. Bo umrę. Pożegnam się z nim. Ostatni raz spojrzę na jego niesforne loki i uśmiech, który jakimś cudem od niego wymuszę. Może dam ostatni koncert. Jako ostatnie zaśpiewam "Moments" i zejdę ze sceny. A później udam się do szpitala. I moje serce, na zawsze należące do kogoś innego, zabije w innej piersi. W piersi mojej córki, o której istnieniu dowiedziałem się niedawno.
         Westchnąłem. Zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Miałem nieodebrane połączenie od Nialla i cztery od Harreha. Czyli dostał mój list. Liam mu go przekazał, jak prosiłem. Jak zareagował? Otworzył go zmieszany, a później, w trakcie czytania, jego przerażenie rosło, aż w końcu, spoglądał na świstek papieru z obrzydzeniem? Czy chociaż trochę się wzruszył? Moje słowa zapewne wywołały mętlik w jego głowie. Ale... nie mogłem inaczej. Pokuta musi zostać odprawiona.
           Byłem sam. Liam i Danielle wyszli. To dobrze. Po długim okresie samotności i towarzystwa jedynie Chestera, przywykłem do rozmów w myślach z samym sobą i wiecznych, niewypowiedzianych na głos przemyśleń.
           Zrzuciłem z siebie szare, dresowe spodnie i bluzkę. Zrzuciłem bokserki. Zrzuciłem skarpetki, które z czasem przestały mi przeszkadzać. To wszystko pozostawiłem na podłodze w swoim tymczasowym pokoju i zupełnie nago, udałem się do łazienki. Wszedłem do kabiny prysznicowej. Odkręciłem gorącą wodę. Namydliłem się. Zamknąłem oczy i pozwoliłem, by woda spłukała ze mnie wszelką pianę, ale i wszystkie zmartwienia. Choć ta kuracja nie przynosiła zbytnich efektów, lepsze było to na pewno niż bezczynne siedzenie na kanapie. Minęło kilka minut... A może kilka godzin? Stałem tam, a gdy lekko uchyliłem powieki, szyby kabiny były zupełnie zaparowane.
          Ale nie bez powodu to zrobiłem. Nie bez powodu powróciłem do rzeczywistości z wodnej oazy. Usłyszałem bowiem dźwięk dzwoniącego telefonu i zignorowałbym go prawdopodobnie, gdyby nie fakt, że rozpoznałem w nim charakterystyczny dzwonek ustawiony kiedyś, gdy dzwoniła do mnie Eleanor.
          Przepasałem się prędko białym ręcznikiem i zostawiając na kafelkach, a później i ciemnych panelach mokre ślady stóp, pobiegłem po dzwoniącą komórkę.
          - Louis? - jej głos był ochrypły. Płakała. Nawet nie zdążyła dokończyć mojego imienia, bo wstrząsnął nią kolejny spazm szlochu.
- Co się stało? - szepnąłem słabo. Moje serce przyspieszyło, na kark wstąpiły zimne poty.
- Chodzi o Lucy. Ona... umiera. Przyjedź tu szybko. Przyjedź, by... - urwała na moment - przyjedź by się z nią pożegnać.
          A więc nadszedł ostatni dzień mojego życia.
- Będę tam za kilka minut. Nie martw się, ona to przeżyje. Zobaczysz. Już ja się o to postaram - powiedziałem prędko, z mocą.
- Lo... - rozłączyłem połączenie. Ostatnim, na co miałem teraz ochotę, były potyczki słowne z byłą dziewczyną.
         Mogłem płakać, ale nie płakałem. Mogłem uciec, ale nie uciekłem. Pozwoliłem by to się działo. Zmienianie decyzji nie miało już sensu, a i ja nie miałem zamiaru tego robić.
         Nie trudniłem się ścieraniem podłogi. Wytarłem jedynie prędko swoje ciało. Założyłem na siebie ubrania Liama, gdyż swoich aktualnie nie posiadałem. Wyglądałem przekomicznie w koszuli w kratę i luźnych jeansach, zapewne nie był to mój styl. Ale któż by się przejmował wyglądem w takim dniu. Dniu, który nadszedł tak  prędko.
          Szkoda, nie pożegnam go. Nie pożegnam chłopaków, nie pożegnam mamy. Może wybaczyłby mi? Skradłby ostatni pocałunek, sprawiając, że odszedłbym szczęśliwy? I bez wyrzutów sumienia...? Nie! Tak jest lepiej. Odejdę spokojnie, po cichu. Może nawet nikt nie zauważy? Będąc jedną nogą na tamtym świecie wypowiem ostatnie słowa i wyzionę ducha. Z czystym sumieniem, że zrobiłem coś dobrego, co może równoważy wszelkie krzywdy?
          Złapałem w biegu kluczyki samochodu Payne'a, który jakimś cudem, mimo że nie było ani właściciela, ani jego dziewczyny, stał na podjeździe.
          Zatrzasnąłem drzwiczki i ruszyłem z piskiem opon. Jechałem na spotkanie śmierci.

* * *

          Wpadłem do sali jak strzała. Nie zwróciłem uwagi na zapłakaną Eleanor, podchodząc od razu do łóżeczka mojej maleńkiej córeczki. Przypięto jej jeszcze więcej maszyn i wydawać się mogło, że bez nich skonałaby od razu. Dotknąłem opuszkiem palca fragmentu policzka Lucy. Był delikatny jak satyna i ciepły. Wodziłem przez chwile po konturze jej szczęki.
-Nie będziesz sama - wyszeptałem -  Będziesz miała mamusię. I wuja Harry'ego. Zobaczysz, kochanie, wujo się tobą zaopiekuje. Nauczy cię jeździć na rowerze, będzie puszczał z tobą latawce na plaży. Pobiegniesz do niego, kiedy coś będzie cię trapić. On zawsze posłuży dobrą radą. I będziesz dorastać w szczęściu, aż w końcu to on poprowadzi cię do ślubu. Ale nie zapomnij o tatusiu, dobrze? On zawsze będzie z tobą. Jego serduszko będzie biło dla ciebie, aż do samego końca. Zobaczymy się kiedyś, słoneczko.
          Postawiłem dwa kroki w tył. Wyprostowałem się. Odwróciłem o sto osiemdziesiąt stopni. Spojrzałem na nią. Znów wybuchła płaczem i pokonała dzielącą nas odległość. Rozstawiłem ramiona i po chwili utonęła w nich. Łzy spływały jedna za drugą. Jej plecy drżały, a ja gładziłem je lekko, próbując ją uspokoić.
           - Tak trzeba, Eleanor - mruknąłem.
          Zadarła głowę w górę.
- Dzisiejszej nocy nie mogłam spać, bo dotarło do mnie, że naprawdę zamierzasz to zrobić.
          - Do zobaczenia kiedyś - podsumowałem i pocałowałem ją w czoło, by po wszystkim opuścić pomieszenie.
          Szloch odbijał się po korytarzu i pozostawał w nim jeszcze przez kilka sekund w postaci echa, gdy mijałem zielone ściany i śliskie podłogi, idąc do gabinetu ordynatora.

* * *

          Podczas tej rozmowy, brnąłem z jednej ślepej uliczki w drugą. Kiedy zostałem zapytany o powód takiej decyzji, nastąpiła chwila kłopotliwego milczenia i sam zadałem sobie to pytanie w głowie. I... nie znalazłem na nie odpowiedzi. O tak, na pewno nie mogłem pozwolić na śmierć kochanej córeczki i nie potrafiłem już dłużej patrzeć na łzy byłej dziewczyny. Ale również brzydziłem się samym sobą. Brzydziłem się dłońmi, które jeszcze niedawno trzymały broń, brzydziłem się twarzą, wykrzywioną cierpieniem, brzydziłem włosami, których nie ścinałem bardzo dawno, brzydziłem się wychudzonym ciałem. Nie czułem już wartości własnego życia i zatraciłem się w wewnętrznej agonii. Krzyczałem w środku, milcząc na zewnątrz. Czas najwyższy zakończyć tę haniebną egzystencję.
         Wrzuciłem na siebie długą, białą, szpitalną koszulę i usiadłem na brzegu łóżka, obserwując życie tętniące na szpitalnym korytarzu, od którego oddzielała mnie szklana ściana. Zablokowałem drzwi, chcąc być sam. Zaparzyłem sobie ostatnią w swoim życiu herbatę i sączyłem ją powoli, starając się nie sparzyć i tak spierzchniętych już warg. Potarłem delikatnie wierzch prawej dłoni, w której umieszczony był wenflon
         Nie widziałem wielu rzeczy. Nie zwiedziłem wielu krajów, nie zaśpiewałem dla wielu ludzi. Ale to wszystko było zupełnie nie ważne. Te wszystkie sprawy były nieważne, bo najpiękniejszym widokiem, na które zawsze cieszyło się moje serce, był Harry. Harry wczesnym rankiem, z podpuchniętymi oczami i rozczochranymi włosami. Kiedy upijał kolejne łyki kawy, przywracając się do życia. Zamknąłem oczy, przywołując ten obraz w myślach. Tak, to właśnie o tym będę myślał, gdy zostanę uspany.
         Ktoś szarpnął klamkę, ale ta nie ustąpiła, więc począł uderzać pięściami w szybę. Podniosłem wzrok na ową osobę, tak spragnioną wejścia i ujrzałem... Harreha. W dłoni ściskał mój list, którego brzegi już pozaginały się i pogniotły. Wrzeszczał coś po drugiej stronie, wyglądał tak, jakby bardzo zależało mu na wejściu do tego pomieszczenia. Łzy zastygły na jego policzkach i przykleiło się do nich kilka kosmyków. Pięści opierał o ścianę tak mocno, że zbielały. Wyglądał trochę tak, jak dziecko na wystawie ze słodyczami, domagając się od rodziców kupna któregoś z przysmaków.
         Z jego oczu biła tak dojmująca żałość, że i ja zapłakałem. Wstałem z łóżka i naprawdę chciałem otworzyć te cholerne drzwi i pozwolić sobie poczuć smak jego ust po raz ostatni, nawet gdyby ten tego nie chciał. Nawet gdyby próbował mnie powstrzymać, bo zapewne próbowałby, ale w tej chwili, z lekkim skrzypieniem, uchyliły się drzwi po mojej prawej stronie i ujrzałem drobną pielęgniareczkę, która czekała na mnie z wózkiem inwalidzkim i porcją tak zwanego głupiego jasia. Przeniosłem swój wzrok z niej na niego. Kręcił głową z niedowierzaniem, jego usta wykrzywiło cierpienie, z oczu zniknęły iskierki.
          - Żegnaj - powiedziałem bezgłośnie, usadowiłem się na wózku i pozwoliłem, by wywieziono mnie z sali.
          Nie zwróciłem uwagi na jego, krzyczącego moje imię, mimo że duszą pozostałem z nim, ponieważ moje serce już nie należało do mnie.

* * *

         - Teraz oddychamy tlenem - rzekła uspokajająco anestazjolog, przykładając do mej twarzy maseczkę.
        Zamknąłem oczy, czekając na działanie lekarstwa. Oddychałem miarowo. Nie miałem zbyt dużo czasu na podsumowanie swojego życia.
        Widać nie ma już ratunku dla mojej przyszłości. Oby śmierć przyszła szybka i młoda. Muszę ładnie wyglądać na pogrzebie.
        To koniec.
        Kocham cię, Harry.

        Witam serdecznie. A więc to mój pierwszy rozdział na tym blogu. Ale nie myślcie sobie, że to już koniec historii. Mam jeszcze kilka pomysłów w zanadrzu.
Mam nadzieję, że to chociaż troszeczkę Wam się spodobało i liczę na szczere opinie. Przepraszam, że ten rozdział jest tak krótki, ale jestem na wakacjach i nie mam zbyt dużo czasu na pisanie, a chciałam coś dodać.
Pozdrawiam cieplutko!

niedziela, 5 sierpnia 2012

Powitanie!

Cześć, nazywam się CookieChum i teraz to ja dokończę pisanie tego bloga.
Nie, nie pomyliliście się. AnnaZaputowicz niestety nie dała rady pisać dalej, a ktoś bardzo, bardzo mądry powiedział kiedyś, że nie ma nic gorszego niż niedokończona historia.
Właśnie dlatego postanowiłam przejąć bloga. Mój styl pisania różni się z pewnością od stylu poprzedniej autorki, ale mam nadzieję, że chociaż troszeczkę przypadnie Wam do gustu.

I jest jeszcze jedna sprawa. Wyjeżdżam dziś w nocy na wakacje. Więc jeśli nie będę miała dostępu do internetu, rozdział pojawi się dopiero za dwa tygodnie. Ale jeżeli internet będzie, rychło coś naskrobię.

Pozdrawiam cieplutko i żywię szczerą nadzieję, że jeszcze tu wpadniecie.

wtorek, 31 lipca 2012

Kończę z pisaniem.

Jestem głupia i wiem o tym, ale na prawdę już nie mam pojęcia jak zakończyć tego bloga. Chciałam ich wszystkich zabić, ale trochę żal. Zacznę pisać nowego bloga, ale opublikuje go, gdy skończę wszystkie rozdziały. Teraz zaczęłam prowadzić wraz z jedną dziewczyną bloga z imaginami --> http://universedreamers.blogspot.com/. Więc mam propozycję, jeśli ktoś chcę dokończyć tego bloga lub przejąć to z chęcią oddam go w dobre ręce. @AnnaZaputowicz (:

wtorek, 24 lipca 2012

Ósmy.


      Leżałem na łóżku i obserwowałem żółte plamy na suficie. Miałem dziwne myśli, co do powstania ich właśnie w tamtym miejscu. Nuda robiła swoje. Po tym jak kilka dni temu potraktowałem chłopaków, a w szczególności Harrego, który dla mnie nie istniał, nikt nie chciał mnie odwiedzać, ale ja nie czułem zbyt wielkiego poczucia winy.
      Czekałem z niecierpliwością na rodzinę, która potwierdziła swoje przybycie wczoraj wieczorem, gdy próbowałem połączyć się z Harrym. Niestety nikt nie miał ochoty ze mną rozmawiać. Dzisiejszy dzień miał być całkowicie inny. Przez spotkanie z mamą strach paraliżował moje ciało. Co jej miałem powiedzieć? Przeprosić i obiecywać, że to już nigdy się nie powtórzy?
      Leżałem i bawiłem się łyżką z obiadu, w sali nie było nawet telewizora. Wstałem i udałem się do łazienki. Spojrzałem w lustro. "No nieźle zarosłeś Louis" - pomyślałem. Chwyciłem maszynkę i dokładnie ogoliłem całą twarz. Wychodząc z tego horroru będę musiał pamiętać aby wstąpić do fryzjera. Przebrałem się w ubranie, które przywiózł mi wczoraj tata, który naprawdę nie chciał spotkać się z moją mamą. Nasza rozmowa była dość niezręczna. Może nie powinienem tak mówić o moim ojcu, ale nie przepadałem za nim. On zjawiał się w moim życiu tylko wtedy, kiedy coś było nie tak, a to nie na tym polegało.
      Stałem czysty przed drzwiami, wypatrując mamę i siostry. Czekałem na korytarzu ponad 15 minut. Zrezygnowany wszedłem z powrotem do pokoju. Usiadłem na krześle i oparłem głowę na dłoniach.
      Stanąłem z powrotem w drzwiach. Nie mogłem uwierzyć w to, że jednak nie spotkam dzisiaj najbliższych. Nie miałem wyjścia. Musiałem zadzwonić do mamy. Pierwsze dźwięki jakie usłyszałem to jej głośny oddech. Odezwałem się z nieśmiałością.
- Cześć mamo.. tak się zastanawiam, czy nic wam nie jest, bo miałyście wpaść do mnie z wizytą? - wciągnąłem na chwilę powietrzę.
- Boże, skarbie jak miło znów słyszeć twój głos. - usłyszałem cichy szloch. - Przepraszam, ale jest ciężko. Nie przyjedziemy dzisiaj. - Jej szloch stawał się coraz głośniejszy.
- Co się stało? - Zamarłem ze strachu.
- Lucy jest bardzo chora, a ja mimo wszystko nie chcę jej stracić. - Miałem ochotę rzucić telefon o ścianę. To wszystko wyglądało, jak jakaś pieprzona parodia mojego życia!
- Powiedz, że to żart.. - zamilkłem - Wiesz co ja teraz czuję? Naprawdę chcesz wiedzieć? Nie czuję do cholery nic! Wszystko się rozpada, a ja nie jestem wstanie tego ogarnąć! - Otarłem łzy z policzków. - Już nic wstanie nie jest mnie złamać. Powiedz mi na co jest chora. - Wciągnąłem więcej powietrza.
-Louis.. - Przerwałem jej.
- Po prostu powiedz.. Chce mieć to już za sobą. - przetarłem twarz.
- Jej serduszko nie jest w stanie już nic zrobić, a ja naprawdę.. chciałabym żeby ktoś jej pomógł. To maleństwo ma przed sobą tak wiele i.. w tym momencie ma to zakończyć? - Jej drżący głos wzbudzał we mnie tak cholernie wiele żalu. 
- Nie martw się mamo.. Na pewno ktoś jej pomoże.. - Rozłączyłem się. To był koniec. Wybiegłem ze szpitala zostawiając wszystkie zbędne rzeczy. Zadzwoniłem do Liama.
- Louis? - usłyszałem lekko spłoszony głos Danielle.
- Daj mi Liama - odparłem bez żadnego uczucia.
- Halo?
- Musisz po mnie przyjechać - powiedziałem śmiertelnie poważnym tonem.
- Naprawdę myślisz, że teraz wszystko będzie takie łatwe.. - Przerwałem mu.
- Liam! Do cholery, ty nie rozumiesz, że ja walczę o życie mojego dziecka. Zostaw tą pieprzoną przeszłość za sobą i pomóż przynajmniej jej! - krzyknąłem bardzo głośno. Te kilka zdań zrobiło swoje, bo po 10 minutach byłem już w samochodzie Payne'a. Usiadłem zdyszany i spytałem:
- Wiesz w którym szpitalu leży Lucy?
- Trudno tego nie wiedzieć - odparł chamskim tonem. Połowa podróży minęła w całkowitej ciszy. Liam spoglądał na mnie co chwilę. Udawałem, że tego nie widzę, ale on wreszcie przemówił.
- Po co tam jedziesz? Nie chcesz jej widzieć w takim stanie. Uwierz mi.
- Mam siedzieć i rozczulać się nad moim jebanym życiem? Chcę ją wreszcie zobaczyć. Pierwszy i może ostatni raz.
- Nie mów tak. Wiesz, że będzie dobrze. - Uśmiechnął się do mnie i poklepał po kolanie.
- Wiem, wszystko się ułoży..
      Wysiadłem z auta. Payne nie chciał iść ze mną, ale nie miałem mu tego za złe. Spytałem się o numer sali w recepcji i udałem się w stronę windy. Idąc wyblakłym korytarzem moje serce zaczynało szybciej bić. Słyszałem każdy swój oddech. Ten dźwięk rozsadzał moje bębenki.    
      Wchodząc do środka zatrzymałem się w drzwiach. Spojrzałem na Eleanor i mamę. Obydwie płakały. Miałem ochotę krzyczeć, ale Eleanor uciszyła mnie wzrokiem i zaprowadziła w głąb sali. Spojrzałem na małe łóżeczko, stojące na środku. Przybliżyłem się kilka kroków i zobaczyłem ją. Te biedne maleństwo nie mogło zrobić nawet najmniejszego ruchu przez to, co miało poprzypinane do całego jej malutkiego ciałka. Jej pulchna, blada buźka wyrażała bardzo wiele cierpienia. Słyszałem jej ciężki oddech, a raczej dźwięk maszyny, która pomagała jej w tym. Najsmutniejsze w tym było, że ani jedna łza nie spłynęła po moim policzku. Nie czułem żadnego strachu o nią. Nie byłem smutny ani przygnębiony. Czułem się jakby wszystko we mnie zaczęło się już wyłączać. Podszedłem do Eleanor i przytuliłem ją bardzo czule. Wiedziałem, że jej jest o wiele ciężej ode mnie. Przywitałem się z mamą i usiadłem na twardym krześle. Eleanor usiadła na przeciwko i pochyliła tułów. Postanowiłem, że im szybciej zacznę tym szybciej one strawią moje słowa.
- Nie wiem, jak mam to powiedzieć.. Nie chcę żebyście podważały moje decyzję, bo już postanowiłem.. - zamilkłem na chwilę, bo wiedziałem, że to, co zaraz powiem będzie dla nich ogromnym szokiem. - Niestety jestem zmuszony o tym powiedzieć.. Będę dawcą dla Lucy. Spuściłem głowę w dół. Przechodziła przez moje uszy rozpacz mamy.
- Nie zrobisz tego. Nie za taką cenę skarbie! - Mama chwyciła moją dłoń.
- Louis, czy ty chcesz zrobić krzywdę ponownie wszystkim? - Eleanor westchnęła bardzo głośno. Jej głos łamał się od płaczu, ale ona próbowała nad tym panować.
- Ale zanim to zrobię musze pożegnać się ze wszystkimi.. Kocham was, ale nie zmienię swojej decyzji. - Wstałem z miejsca i wyszedłem. Wiedziałem, że Liam pomoże mi we wszystkim, ale nie mogłem powiedzieć mu o tym, co chcę zrobić. Wsiadłem do samochodu i wtuliłem się w niego. Liam odwzajemnił uścisk.
- Mówiłem żebyś tam nie szedł. - Liam pogładził mnie po plecach.
- Wiem, ale skąd mogłem wiedzieć, że jest z nią aż tak źle. Chcę zacząć od nowa życie, ale musisz mi w tym pomóc - skłamałem.
- Oczywiście, że ci pomogę. Nie martw się o nic. Pewnie nie chcesz wracać do szpitala, więc wezmę cię do siebie. - Spojrzałem mu głęboko w oczy. W drodze do jego domu przypomniałem sobie, jak to było być sławnym. Co druga osoba wpatrywała się w samochód Liama. Próbowałem się jakoś zakryć, ale to było ponad moje siły. Wysiadłem z samochodu i szybkim krokiem wszedłem do jego domu. W wejściu przywitała mnie Danielle. Była bardzo zdziwiona. Podszedłem do niej i uściskałem bardzo mocno.
- Jakie miłe powitanie! Czy nie wydaję ci się dziwne, że nie widziałam cię od roku, a teraz jestem tak bardzo spokojna?
- Może i jest to dziwne, ale ja sam już nie wiem, co się dzieje. - Zaśmiałem się, choć w głębi duszy czułem strach. Wszedłem do mieszkania i od razu zacząłem planować moje pożegnanie. Na początek przyszedł mi do głowy Harry, ale w jaki sposób mam się z nim pożegnać żeby on nie dowiedział się o moich planach? Napisanie listu to chyba najlepsze wyjście! Usiadłem przy biurku i zacząłem pisać.
„Drogi Harry,
Pozwolisz, że moje ostatnie słowa do ciebie będą bardzo spontaniczne i nie napiszę tego w formie listu. W tym momencie najważniejsza jest dla mnie treść, a nie dbałość o szczegóły. A, więc pierwsze o czym chcę wspomnieć to przeprosić cię z całego serca za to jak cię potraktowałem. Boże, skąd mogłem wiedzieć, że to prawdziwy ty? Gdybym mógł cofnąć ten pieprzony czas to wykorzystałbym te ostanie dni jak najlepiej i spędziłbym z tobą każdą wolną chwilę. Przed śmiercią chciałbym się z tobą spotkać. Chciałbym żebyś dał mi jeszcze jedną szansę, ale największym moim pragnieniem jest żebyś zaopiekował się Lucy. Nie ważne czy Elka będzie tego chciała, czy nie. Bądź dla niej takim drugim tatą. Zapomniałem wspomnieć dlaczego umrę. Nie, nie jestem na nic chory. Jak wiesz Lucy jest bardzo chora, a moje serce jest jeszcze na tyle silne, że może jej pomóc. Ja już nie widzę sensu życia. Wszystko zaczęło się jebać Harry. To wszystko zaczęło się wtedy, kiedy cię postrzeliłem. Gdyby nie tamto wydarzenie byłbym teraz z tobą, a co do Lucy... Nie mam pojęcia, co by z nią było, ale los pewnie byłby łaskawszy. Bardzo Cię kocham. Nie wiem czy dam radę spotkać Cię i mieć świadomość, że już nigdy Cię nie zobaczę. Nie chcę żebyś płakał. Bądź spokojny i nie przejmuj się, że tym razem odejdę na zawsze. Chciałbym zostać.. Bardzo tego pragnę, ale nie przeżyłbym śmierci Lucy. Nie wiem czy to, co teraz planuję w głowie się uda i czy fani chcą mnie widzieć, ale jeśli zagramy ostatni koncert to, uwierz mi, że to będzie najlepszy dzień w moim życiu. Muszę pożegnać się ze wszystkimi w jak najkrótszym czasie, bo nie wiem ile Lucy wytrzyma. Zacząłem od Ciebie, bo to Ty jesteś mimo wszystko dla mnie najważniejszy. Kocham Cię Harry! Nie wiem czy te słowa Ci wystarczą, ale ja bez Ciebie czuje się jak bez drugiej połowy ciała, mózgu, duszy.. Może to takie banalne, ale to właśnie czuję. Znajdź w swoim życiu taką osobę, która da Ci dużo więcej szczęścia niż ja. Wiem, że spędzimy ze sobą przynajmniej ten jeden dzień w naprawdę fajnej atmosferze. Jeszcze nie wiem jak to zrobię, ale postaram się najlepiej jak potrafię. Nic więcej nie mam Ci do powiedzenia.. Z resztą porozmawiamy jeszcze..

Twój cały na zawsze Louis Tomlinson xoxo”


Kolejne rozdziały będą coraz gorsze, bo znudziła mnie ta historia.
Nie chce mi się już tego pisać, a wam czytać, więc nikt się chyba nie obrazi.

piątek, 13 lipca 2012

Przepraszam

Przepraszam wszystkim, ale nie dodam dziś rozdziału ani w najbliższym czasie. Muszę przynajmniej ten jeden tydzień odpocząć od komputera, bo za chwilę zwariuję.. Nie wiem kiedy dodam rozdział, ale postaram się jak najszybciej. Przepraszam z całego serca. Luv ya xx

piątek, 6 lipca 2012

Siódmy


Wszedłem do pustego mieszkania, odetchnąłem z ulgą. Louisa jeszcze nie było. Nasze wspólne dni, tylko we dwoje spędzaliśmy na wgapianiu się w ekran telewizora. Mimo iż było to nudne zajęcie, nie przeszkadzał mi taki rodzaj napajania się nim, ale marnowanie takich wyjątkowych dni na tak zwyczajną rzecz było po prostu grzechem. W ten dzień postanowiłem że przygotuję coś lepszego, wyjątkowego. Torbę z zakupami położyłem na blat kuchenny i oparłem się o jego róg, ściskając bolący brzuch. Od kilku miesięcy prześladował mnie ten okropny ucisk  w środku, nie wiedziałem co mi jest, ale nie miałem zamiaru iść do lekarza, tabletki przeciwbólowe wystarczały. 
Szedłem wzdłuż ściany po to aby w niespodziewanym momencie móc się asekurować. Otworzyłem szafkę nad lodówką, niestety znalazłem tam puste pudełko po lekach. Usiadłem na krześle i poprawiłem włosy. Nagle usłyszałem dzwonek do drzwi, nie zdążyłem ich nawet otworzyć, a w kuchni stała już Caroline Flack. Bardzo ją lubiłem, była miła i jako dojrzała kobieta umiała zrozumieć moje potrzeby i pragnienia.  Nie przeszkadzało mi to, że umiała się u nas rozgościć, choć Louis nie przepadał za nią tak jak ja. Caroline usiadła na fotelu w salonie i przywitała się serdecznie:
- Cześć Harry. Robisz dziś coś konkretnego? Może znajdziesz czas na wspólny lunch? - uśmiechnęła się szczerze.
- Przepraszam Caroline, ale mam pewne plany z Louisem - odparłem.
Dziewczyna podeszła do mnie, spojrzała na mnie z góry na dół i spytała:
- Co ci jest? - zrobiła współczującą minę.
- Coś nie tak jest z moim brzuchem.  -  złapałem się jeszcze raz za bolące miejsce. Caroline zmniejszyła odległość między nami do niebezpiecznie bliskiej i zaczęła dotykać mojego brzucha. Poczułem się w tej sytuacji bardzo niekomfortowo. Caroline była piękną kobietą, ale traktowałem ją jak starszą siostrę. 
Nie miałem gdzie uciec, bo opierałem się o blat kuchenny. Caroline była tak blisko, że niemal czułem jej oddech na mojej twarzy. Nie mogłem już nic poradzić, odległość naszych twarzy zmniejszyła się do kilku milimetrów. Caroline spojrzała mi w oczy po czym oddała kilka pocałunków na mojej szyi, a ja stałem nieruchomo. Nie umiałem nawet wydusić z siebie słów sprzeciwu, więc po prostu oddałem się w jej ręce. Po chwili drzwi mieszkania uchyliły się, u progu stał Louis i z niedowierzaniem przyglądał się tej całej sytuacji. Caroline słysząc kroki oderwała się ode mnie, spuściła głowę w dół i minęła się z Louisem w drzwiach, on zamknął za nią drzwi i zbliżył się kilka kroków. Przeczesałem palcami czuprynę i próbowałem dobrać odpowiednie słowa, po to aby moje wytłumaczenie miało sens i żeby to, co między nami się rozwijało, nie skończyło się w tamtym momencie. 
- Zanim coś powiesz wysłuchaj mnie, proszę. - spuściłem głowę w dół. Louis nie odezwał się ani słowem. Bałem się jego reakcji, myślałem że potok wcześniej niewypowiedzianych myśli zacznie wypływać z jego ust, ale on po prostu milczał. Zdezorientowany spojrzałem na niego. W jego rękach tkwiła broń. Przestraszyłem się, nie wiedziałem jakie plany krążą w jego głowie, ale to przecież był Louis, nie mógłby mnie skrzywdzić, przecież mnie kochał. Oddaliłem się kilka kroków. Ufałem mu, ale rozsądne myślenie wzięło górę. Próbowałem nawiązać z nim kontakt wzrokowy, lecz jego oczy krążyły po dłoni w której trzymał pistolet. "Louis co ty do cholery chcesz zrobić?!" - pomyślałem. Jego ręka zaczęła wędrować ku górze aż w końcu znalazła się naprzeciwko mojego tułowia. Zamknąłem oczy, usłyszałem huk i potworny ból. Czułem jakby moje wnętrzności zaczęły się wypalać. Upadłem na podłogę. Przez kilka kolejnych sekund byłem świadomy, zobaczyłem plamę krwi na mojej koszuli. Byłem pewien że umrę. Czułem napływające łzy do oczu i ścisk w gardle, ale nie potrafiłem już płakać. Nieświadomie zamknąłem oczy, straciłem kontrolę nad ciałem i czekałem na śmierć...
Obserwowałem grę Nialla i Liama. Ruchy ręki podającego Nialla były wprost komiczne. Lot rzuconej przez niego piłki zmieniał kierunek, więc nie miałem zamiaru ryzykować. Usiadłem na ławce i zacząłem szukać wzrokiem Louisa. Wyciągnąłem telefon i próbowałem się z nim połączyć, niestety nie odbierał. Wstałem z miejsca  i podszedłem do Liama.
- Może orientujesz się gdzie jest Louis? - spytałem. Liam na chwilę oderwał wzrok od Nialla i podszedł do mnie. 
- Mówił że wychodzi z Eleanor, ale gdzie poszli tego mi już nie powiedział. - Uśmiechnął się i próbował złapać piłkę.
- Czemu mi nic nie powiedział i dlaczego z Elką? - Poprawiłem czuprynę i spojrzałem na niego zdziwiony.
- Tego nie wiem, a Eleanor to nadal jego dziewczyna. - Payne zaśmiał się pod nosem. Poczułem że tracę równowagę i na chwilę zapadła całkowita ciemność. Tak właśnie kończą się zabawy z Niallem.
- Niall, idioto! - usłyszałem krzyk Liama.
- Harry, jeśli myślisz że tak szybko się od nas uwolnisz to jesteś w cholernym błędzie - usłyszałem głos Nialla. O czym on mówił? Przetarłem oczy i powiedziałem:
- Dostałem tylko piłką w głowę, myślę, że od tego się nie umiera. - zmarszczyłem brwi, mimo wszystko odczuwałem minimalny ból. Otworzyłem oczy i zobaczyłem stojącego nade mną Liama, Nialla, Zayna, rodzinę i lekarza. 
- Aż tak mocno oberwałem? - zaśmiałem się. Lekarz wyprosił wszystkich z sali i podszedł do mnie.
- Harry, jesteś w szpitalu, zostałeś postrzelony, ale po twojej dzisiejszej postawie widzę, że szybko z tego wyjdziesz. 
Czyli ta cała akcja w parku, to był tylko sen.
- Postrzelony? Przez kogo? - zamarłem ze strachu.
- Tego jeszcze nie wiemy, ale miałeś szczęście, że twoja koleżanka cię znalazła.
- Niech pan ją zawoła, chciałbym jej podziękować. 
Lekarz wyszedł z sali a po chwili weszła do niej Caroline Flack. Wszystkie wspomnienia związane z tym wydarzeniem wróciły.  Dziewczyna usiadła przy łóżku i tkwiła w całkowitej ciszy.
- Mimo wszystko cholernie jestem ci wdzięczny, ale muszę prosić cię o jeszcze jedną przysługę.
- Wiesz, że zrobię dla ciebie wszystko. - Caroline uśmiechnęła się do mnie ze współczuciem.
- Tylko my dwoje wiemy tak naprawdę, co się stało i proszę cię o jedno.. Nikomu o tym nie mów. - Ton mojego głos spoważniał.
- Oszalałeś?! Ten idiota cię skrzywdził, a ty tak po prostu chcesz mu odpuścić?
- Nie masz prawa go o nic obwiniać - odparłem z poirytowaniem.
- Ale to jego wina, więc kogo mam obwiniać?
- Nie ważne czy to jego wina, ale ja nie chcę żeby spędził pół życia w więzieniu. To mój przyjaciel.
- Dobra.. Nikomu nic nie powiem, ale popełniasz cholerny błąd.
- Więc ja za niego odpowiem. A zmieniając temat, wiesz gdzie on jest?
- Nie obchodzi mnie to - odpowiedziała chamskim tonem.
- Spytałem czy wiesz, a nie czy cię to obchodzi - odparłem w ten sam sposób.
- Nie wiem i przepraszam za wszystko. To co się wtedy wydarzyło wyglądało jak.. scena zazdrości. Popraw mnie jeśli się mylę. - Caroline powędrowała wzrokiem na podłogę. Trudno było mi skłamać, bo Louis nie mógłby mieć innego powodu aby do mnie strzelić.
- Mam z Lou kilka tajemnic i wolę żeby one nadal nimi zostały. - próbowałem wybronić się z tej sytuacji.
- W porządku, nie mam zamiaru naciskać. Nie będę cię już męczyć. Odpoczywaj i wracaj szybko do zdrowia. - Caroline potargała moje włosy i wstała z miejsca.
- Postaram się. - Posłałem jej cwaniacki uśmieszek. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać, ale po chwili do pokoju wkroczyły wcześniej widziane przeze mnie osoby. Jako pierwsza podeszła do mnie mama. Stanęła nade mną i przytuliła mnie mocno, lecz ja nie miałem siły aby go odwzajemnić. Pocałowała mnie w czoło i powiedziała:
- Cześć synku, jak się czujesz? - dotknęła ręką mojego czoła.
- Hej mamo, nie martw się nie mam gorączki. - Zaśmiałem się wraz z całą salą.
- Kto ci to zrobił?
- Sam zadaję sobie to pytanie.. - skłamałem.
- Mogłeś zostać tym cholernym fizjoterapeutą to nie musiałabym się tak o ciebie martwić. - uśmiechnęła się słodko.
- Na prawdę mi tego życzysz mamusiu? - pokazałem białe zęby i złapałem ją delikatnie za rękę.
- Oczywiście, że nie, ale mógłbyś bardziej na siebie uważać. Poproszę Louisa żeby cię przypilnował. A tak nawiasem mówiąc, gdzie on jest? - próbowała okiełznać moją fryzurę. 
- Dobre pytanie mamo, też jestem tego ciekawy...


No i już wiecie czemu Lou próbował go zabić, więc widzę, że połowa osób nie będzie już tego czytała, no ale trudno. Mogę dodać następnego imagina, ale zaproponujcie o kim. 
Kontakt ze mną ---> @AnnaZaputowicz :)

sobota, 30 czerwca 2012

IMAGINE O HARRYM


ZANIM ZACZNIESZ CZYTAĆ WŁĄCZ TO: [LINK] 

    Jego oddech leniwie opadł na twój zaczerwieniony policzek. Zakryłaś kołdrą drżące od zimna stopy i wtuliłaś się w jego ciepłe ciało. On zaczął bawić się twoimi włosami. W dni, które spędzaliście tylko we dwoje patrzyłaś z niedowierzaniem na jego twarz, którą kilka miesięcy temu mogłaś podziwiać tylko na zdjęciach i ekranie telewizora. Do tej pory nie umiałaś uwierzyć w swoje szczęście, które nareszcie rozjaśniało ci twarz szczerym uśmiechem. Byłaś dziewczyną Harrego Stylesa. Tak, tego Harrego, z zespołu One Direction. Lecz związek z nim był trudniejszy niż sądziłaś. Dzieląca was odległość i mało wolnego czasu okazała się dla was ogromną barierą.  Więc w te kilka dni w miesiącu próbowałaś nasycić się nim w jak najlepszy sposób. Był środek zimy. W przed dzień jego odlotu byliście na kolacji i zmarznięci wróciliście do domu. Miałaś ochotę złapać go i poplamić mu całą koszulę od łez, ale coś powstrzymywało cię od płaczu. Leżeliście wtuleni w siebie przez kilka minut. Poczułaś kroplę na swoim ramieniu. Spojrzałaś w górę. Oczy Hazzy były przepełnione łzami. Objęłaś go jeszcze mocniej, ale krople z jego twarzy spływały coraz szybciej. On puścił cię i próbował wierzchem dłoni wytrzeć ślady wędrujących łez. Twoja psychika była za słaba. Wstałaś z miejsca i udałaś się w stronę łazienki. Oparłaś się o wykafelkowaną ścianę i zjechałaś plecami aż twoje ciało ułożyło się w nieporadnym przysiadzie. Zakryłaś twarz dłońmi i zaczęłaś płakać. Nie chciałaś płakać w jego obecności i pokazywać że jest to dla ciebie tak cholernie trudne. Wasza miłość była bezgraniczna, prawdziwa, nigdy w to nie wątpiłaś, więc dni waszej rozłąki były niedowytrzymania. Po kilkunastu minutach użalania się nad sobą, oblałaś twarz wodą i próbowałaś zatuszować spuchnięte oczy. Weszłaś do sypialni, ale go tam nie było. Błądziłaś po pokojach w celu jego odszukania. Przez okno w kuchni zobaczyłaś jego sylwetkę w samej koszuli na kilkunasto minusowym mrozie. Ściągnęłaś jego kremowy płaszcz z wieszaka i wyszłaś przed dom. Okryłaś go ubraniem i usiadłaś obok niego. Harry otulił cię ramieniem i powiedział:
- Jak tu pięknie. - spojrzał na twoją zapłakaną twarz. Miał rację, dzisiejszy wieczór był wyjątokowo piękny. Płatki śniegu leniwie opadały na ulicę przed twoim domem, mieniąc się w świetle latarni. Objęłaś go w pasie. Próbowałaś zatopić się w jego rumianych ustach, ale on odepchnął cię od siebie. Spojrzałaś na niego zdezorientowana.
-  Będę cholernie za tobą tęsknić i nie mogę tego zrobić, to uzależnia. Kocham cię nad życie i mam już tego wszystkiego dosyć.. - zdenerwowany zrzucił z siebie płaszcz.
 - Przepraszam.. - puściłaś go, podniosłaś jego ubranie i weszłaś do środka. Położyłaś się na łóżku i wtuliłaś się w jego płaszcz.
Obudziłaś się rano, zobaczyłaś puste miejsce obok siebie, w twoich ramoinach nadal tkwiło to z czym zasnęłaś. Poprawiłaś włosy, które i tak ułożyły się bezładnie. Przestraszona weszłaś do pustego salonu, zobaczyłaś na stole list. Rozłożyłaś go i wgłebiłaś się w jego tekst. 
"Nie martw się o mnie. Pojechałem na lotnisko. Nie zniósłbym widoku twoich łez i świadomości kolejnego, kilku miesięcznego rozstania, więc próbuję oszukać swój umysł. Przepraszam za wszystko." Pojedyńcza łza rozbiła się o kartkę papieru. Nie mogłaś zrozumieć dlaczego wyjechał bez pożegnania. Położyłaś się na łóżku. Pogoda za oknem z minuty na minutę robiła się coraz gorsza. Nie miałaś siły żeby myśleć o nim, więc próbowałaś zasnąć. 
Po kilku godzinach obudził cię lekki ból głowy. Weszłaś do kuchni i szukałaś tabletek przeciwbólowych. Twój  słuch skupił się na głosie w radiu: "Kilkanaście minut temu dostaliśmy wiadomość, że samolot lecący z Warszawy do Londynu rozbił się kilka kilometrów przed lotniskiem. Jak źródło donosi, władzę nie znalazły jeszcze żywych osób." Zamarłaś ze strachu. Z hukiem upadłaś na stojące obok ciebie krzesło. Poczułaś cholerny ból w sercu. Twój płacz robił się coraz głośniejszy. Chwyciłaś telefon i zadzwoniłaś do Gemmy, siostry Harrego. W słuchawce usłyszałaś tylko cichy szloch. Zaczęłaś krzyczeć:
- Powiedz mi że to nie prawda! On żyje, musi żyć! Ja w to kurwa nie wierzę! Proszę powiedz mi że to kłamsto! - Miałaś nadzieję że głos Gemmy rozbrzmi w twojej słuchawcę i powie że wszystko jest w porządku, ale jej szloch stawał się coraz intensywniejszy. Rzuciłaś telefon o ścianę i usiadłaś na podłodzę. Nie zdążyłaś się z nim pożegnać, ostatni raz przytulić jego ciała i czule pocałować, to wszystko cię ominęło. On był twoją drugą połówką, byliście stworzeni dla siebie, a teraz jesteś sama. Już nigdy nie spojrzysz mu głęboko w oczy i nie powiesz mu jak bardzo go kochasz i że nie dasz sobie rady bez niego, już nigdy nie usłyszysz tych samych słów od niego i jego uśmiech już nigdy nie rozpromeni twojej twarzy. Te myśli sprawiały że było jeszcze trudniej. Chciałaś usłyszeć od kogoś słowa współczuczucia i otuchy. Ubrałaś pachnący płaszcz Hazzy, otuliłaś szalem szyję i wyszłaś z mieszkania. Pojechałaś do domu rodziców. Stanęłaś u progu i spojrzałaś na mamę, która po chwili rzuciła ci się na szyję. Jej szept rozbrzmiał w twoim uchu.
- [T.I], wszystko będzie w porządku, nie płacz, on napewno nie chciałby żebyś płakała. -Wyrwałaś się z jej objęć.
- Czy to ważne czego on by nie chciał?! Mamo, go już nie ma! Wszyscy zawsze wmawiają że będzie dobrze, ale nigdy tak nie jest, zawsze jest ciężko! - krzyczałaś przez łzy. Nie miałaś siły wysłuchiwać takich słów wsparcia, więc po prostu wyszłaś.
Późnym wieczorem usiadłaś na kanapię, trzymając w ręce paczkę tabletek. Wiedziałaś że nie poradzisz sobie bez Harrego. Połknęłaś każdą z osobna i w jego pachnącym płaszczu położyłaś się do łóżka. Rodzina opłakiwała twoją śmierć wraz z Harrym, który nie poleciał tamtym samolotem i po kilku godzinach błądzenia bezcelowo po mieście wrócił do twojego domu, zastając Cię martwą. Próbował popełnić samobójstwo, ale lekarze dali radę go odratować. Harry nie pojawił się na twoim pogrzebie, w tamtym dniu zginął w ten sam sposób..

I jak wam się podoba? To mój pierwszy imagine, więc zdaję sobie sprawę że może być słaby, ale chciałam się nim z Wami podzielić. Kontakt ze mną ---> @AnnaZaputowicz (:

piątek, 29 czerwca 2012

Szósty


- Czy on napewno z tego wyjdzie? - usłyszałem głos który wybudził mnie z bardzo głębokiego snu.
- Nic mu nie będzie. Chłopak ma połamanych tylko kilka żeber i lekki uraz głowy. Może mieć amnezje i przywidzenia, ale to z czasem minie.
- Powinien pan zrozumieć moje zmartwienie. Ciężko patrzeć na tak ważną osobę w takim stanie.
- Oczywiście że rozumiem i życzę mu szczęścia. - głosy nagle ucichły. Poczułem ból przeszywający całe ciało. Jęknąłem cicho i otworzyłem do połowy powieki. Leżałem na bardzo miękkim łóżku. To była sala szpitalna. "Lepiej być nie mogło" - pomyślałem. Próbowałem złapać się za pulsującą głowę ale coś krępowało moje ruchy. Do moich obolałych kończyn były podłączone różne maszyny i aparatury. Zamknąłem oczy i próbowałem zasnąć aby nie myśleć o intenswnym bólu.
- Chyba się budzi. - ponownie usłyszałem znany mi głos.
- Wejdźmy, proszę.
- Nie uważasz że byłby to dla niego za duży szok. Dajmy mu jeszcze trochę czasu.
- Chcesz dać mu jeszcze więcej czasu?!  Ja czekałem ponad rok aby go zobaczyć i myślę że po tym wszystkim zasługuję na to żeby go zobaczyć! 
- Przestań krzyczeć. Mimo wszystko on jest chory.
- Przepraszam.. - głosy znów ucichły. Nagle obił się o moje uszy dźwięk uchylanych drzwi. Nie otwierałem oczu, bardzo się bałem. Wsłuchałem się w kroki i skrzyp krzesła obok mojego łóżka. Poczułem dotyk miękkiej dłoni która otuliła mój policzek. Po chwili rozbrzmiał szorstki i bardzo przyjemny głos.
- Jestem tchórzem i bardzo dobrze o tym wiem. Nie mam odwagi powiedzieć ci tego, kiedy jesteś w stanie mnie słuchać. Śpij spokojnie i nie martw się, już nic ci nie grozi. Przepraszam za wszystko.. Jak miło znów widzieć twoją twarz, co prawda wyglądasz trochę inaczej ale zawsze będę widział w tobie tego.. dawnego Louisa, idealnego chłopaka który był dla mnie oparciem a ja wszystko spieprzyłem.. - otępiałem. Otworzyłem oczy. Chłopak który siedział przy moim łóżku nagle odskoczył na bok. Nie umiałem uwierzyć w to że mój mózg mnie oszukuje. Tłumaczyłem sobie że to przywidzenia. Widziałem Harrego. Był tak samo czarujący jak kiedyś, widziałem tą samą czuprynę, zniewalający uśmiech i błyszczące, zielone oczy. To nie mogła być prawda! Przecież Harry nie żył! Dlaczego mój umysł tak bardzo mnie męczył?! Widocznie gdzieś w głębi wierzyłem że gdy wrócę skończą się wszystkie problemy, Harry wróci i będzie tak jak dawniej. Zamknąłem oczy. Nie chciałem dłużej dawać sobie nadzieji. Przez ściśnięte powieki zaczęły wypływać  palące łzy.
- Zostaw mnie! Dlaczego tak bardzo zależy ci na moim cierepienu?! - krzyczałem.
- To ja, Harry! Spójrz na mnie! - ten wspaniały głos znów przebiegł przez moje uszy.
- Wyjdź.. - Moje słowa zadziałały. Usłyszałem tylko trask drzwi i znów w pokoju nastała błoga cisza. Nie wiedziałem że spotkanie z wyimaginowanym Harrym będzie tak bardzo trudne. Lecz jego dotyk był tak odczuwalny, głos tak rozbrzmiewający a widok tak prawdziwy. 
Niepokój znów powrócił, bałem się że ta postać wróci i oczaruje mnie do nieprzytomności. Leżałem w bezruchu i słuchałem szeptów dochadzących z korytarza. Usłyszałem głosy chłopaków. Wstałem ze szczęścia i powolnym, ale pewnym ,choć bardzo bolesnym krokiem podszedłem do drzwi wychyliłem głowę i ujrzałem Nialla, Liama i Zayna, byli przygnębieni ale przez ich widok szczere szczęście rozpierało mnie od środka. Naprawdę ich widziałem, mimo iż byli smutni, to widok ich twarzy był najwspanialszym widokiem jaki miałem okazję zobaczyć od długiego i niesamowicie ciężkiego roku. Podszedłem do nich jeszcze szybszym krokiem. Jako pierwszy zobaczył mnie Liam. Nagle jego twarz rozpromieniała. Uściskałem go najmocniej na ile było stać moje słabe ręce. Jego uścisk był dużo silniejszy, sprawiał mi bardzo dużo bólu ale poczucie jego ciepła było nie do opisania. Liam podniosł lekko głowę i wyszeptał mi do ucha:
- Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę. - spojrzał mi w oczy. Usta Liama były lekko uśmiechnięte, po jego policzku poleciała pojedyńcza łza. Puściłem Liama i rzuciłem się na płaczących już Nialla i Zayna. Nie mogłem dłużej udawać że wzruszenie mnie nie dotyczy. Niall drżącym głosem krzyczał:
- Dlaczego nam to zrobiłeś?! Bardzo cię kochamy Lou.  - otulił mnie ramionami. Wodospad łez szczęścia zmieszanych ze łzami cierpienia, żalu i wyrzutów sumienia spływał po mojej twarzy, która nie potrafiła wyrazić wszystkich towarzyszących mi emocji.
- Przepraszam cię Niall. Kocham was nad życiem ale nie wiedziałem co robię. - spojrzałem na jego słodką lekko przypieczoną od słońca buźkę. Zayn przez ten cały czas stał bez słowa, wtulony we mnie. Ugniatał swoją zapłakaną twarzą moje połamane żebra ale nie miałem serca aby go odciągać. To wszystko trwało kilka krótkich sekund. Nie chciałem wyrywać się z ich objęć, lecz ból stał się niedowytrzymania. Niall i Zayn pomogli utrzymać mi się na nogach i odprowadzili mnie do pokoju. Lekarz wyprawił mi krótkie kazanie na temat tego jak takie nieprzemyślane działania mogą się skończyć. Mówił do mnie jakbym był małym dzieckiem. Wiedziałem że moje spontaniczne wyskoki mogą się źle skończyć. 
Siedziałem z chłopakami w pokoju. Myślałem że to szczęście będzie dłużej trwać, ale już po kilku minutach grymas powrócił na ich twarze. Nie wiedziałem o co im chodzi. Wiedziałem że bez mojej prośby nie wyrzucą tego z siebie aby mnie nie gnębić, bo przecież byłem chory. To milczenie i wzdychanie zaczynało mnie denerwować. Moja prawdziwa dusza była otoczona bardzo twardym murem, a szczere uczucia wygasały, ale postanowiłem porozmawiać z nimi na temat ich zmartwienia. 
- Co jest z wami? - wymalowałem sztuczne przygnębienie na twarzy. Liam spojrzał na mnie i zaczął rozmowę dziwnym wzdychnięciem.
- Nie widzieliśmy się bardzo długi czas, było bardzo ciężko i nie ukrywam że cierpieliśmy przez większość tego roku na depresję. Nie byliśmy wstanie nadal prowadzić takiego samego stylu życia jaki prowadziliśmy wcześniej, nasz manager równiez nie widział sensu aby prowadzić ten zespół. To wszystko się już rozpadło. Chcieliśmy to odbdować, ale...nie było ciebie i nie byliśmy wstanie cieszyć się powrotem razem z fanami.. - w tamtej chwili przerwałem mu jego przemówienie.
- A co z Harrym do cholery? - powiedziałem poważniejszym tonem. Zayn który przez ten cały czas patrzył w ziemię i przysłuchiwał się naszej rozmowie, podniósł głowę i spojrzał na mnie. Jego usta wypowiedziały jedno zdanie które bardzo mnie zaszokowało.
- No nieźle go dzisiaj potraktowałeś - uśmiechnął się do mnie bezczelnie i znów spuścił głowę w dół.
- O czym ty kurwa mówisz?! - Nie potrafiłem opanować emocji. Czyli ten "wyimaginowany Harry" był prawdziwy? Zayn tylko uśmiechnął się pod nosem.
Przez ten rok bardzo wiele się zmieniło. Poza wyglądem Zayna nic więcej mi go nie przypominało. Ton jakim posługiwał się w trakcie rozmowy i wyraz twarzy był cholernie niesmaczny. Wsłuchiwanie się w jego barwę głosu nie było już tak przyjemne jak kiedyś. Jego wielkie piwne oczy nie przyciągały do siebie tak wielkiej uwagi, wyglądały inaczej. On marszczył tylko brwi i skupiał wzrok na jednym wybranym punkcie. 
Mój mózg już całkowicie nie miał pojęcia co się dzieje. Próbowałem poukładać sobie to wszystko w głowie. Niall bez żadnego uprzedzenia wybuchnął krzykiem.
- Może Harry nie był w stosunku do ciebie fair, ale nie zasłużył sobie na to, co dziś mu powiedziałeś! Napewno zdajesz sobię sprawę że twoje odejście najbardziej go bolało!
- Ale jak to wszystko jest kurwa możliwe?! Przecież on umarł na moich oczach! - Chłopcy spojrzeli na mnie równocześnie z bardzo odczuwalnym zdziwieniem.
- O czym ty mówisz? - Niall zaśmiał się.
- Co tu się w ogóle dzieje?! - Zayn wstał z miejsca i zaśmiał się tak samo jak Niall tylko w bardziej irytujący sposób. - Wytłumaczcie to sobie, ja już nie mam siły. - Malik wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami. Niall udawał że nie zauważa wychodzącego Zayna i próbował ze spokojem ciągnąć dalej rozmowę:
- Mimo wszystko on nadal żyje. 
- Ale w jaki sposób przeżył?! Przeciez to ja go skrzydziłem, to moja wina! - krzyknąłem aż za głośno. Po moich słowach Liama i Nialla opuścił grymas i na ich twarzach pojawiła się złość nie możliwa do ukrycia. 
- Co powiedziałeś? - skrzywił się Liam.
- Ja już nic nie rozumiem. Czyli to wszystko co wmawiał nam Harry to było kłamstwo?! - Niall patrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Nie wiem co wam Harry mówił, ale jeśli bronił mnie to przyznam się do wszystkiego i wasze zmartwienia się skończą. Znów mnie nie będzie, bo jeśli wytrzymaliście bezemnie cały rok, to wątpie że nie dacie sobie rady! - moje słowa zabrzmiały jak groźba, choć Liam spojrzał na mnie jak na idiotę.
- Skończmy to rozmowę, bo to nie ma już najmniejszego sensu. - Payne z rezygnacją w głosie odparł i skierował się w stronę drzwi. 
- Mam nadzieję że jeszcze sobie wszystko wyjaśnimy. - Niall nawet na mnie nie spojrzał i wyszedł za Liamem. 
Ta cała sytuacja zaczęła mnie przerastać. Nie miałem pojęcia co tu się wydarzyło. Usłyszałem za wiele słów, których nie umiałem zrozumieć. Nagle okazało się że Harry żyję, okłamywał przez cały czas wszystkich wokół, Zayn zmienił się w bezczelnego chama, zostawiłem Eleanor w ciąży, nikt nie zdawał sobię sprawy dlaczego uciekłem. Wiedziałem że jak wrócę to będzie inaczej, życie odwróci się do góry nogami ale nie spodziewałem się że w taki sposób...

Przepraszam wszystkich za taką lipę. Musiałam coś napisać, bo nie wyrobiłabym się w czasie. Mam do Was jedno pytanie. Napisałam sobie ostatnio imaginy, nie chcielibyście ich sobie przeczytać? Jeśli jesteście chętni to napiszcie w komentarzach, a postaram się jakiś jutro dodać. Kontakt ze mną ---> @AnnaZaputowicz (;